Kolejny raz przeglądam Google Flights w poszukiwaniu tanich lotów w ciekawe miejsca. Z Nowego Jorku mogłabym polecieć praktycznie wszędzie, ale na razie szukam głównie pomysłów na weekendowe wypady. I jest. Floryda – raptem kilkugodzinny lot. Wystarczy, że wylecę o świcie, a będę mieć cały dzień na zwiedzanie! Powrotny bilet też udaje się znaleźć w całkiem dobrej konfiguracji. Szybka analiza wszystkich za i przeciw, krótka rozmowa z szefem i po chwili mam już bilety. Lecę na 4 dni na Florydę.

To nie jest kraj dla… młodych ludzi

Floryda to południowo-wschodni stan w Stanach Zjednoczonych położony na półwyspie o tej samej nazwie. Dla mnie to zawsze był ten “kikut” widoczny na mapie Ameryki. Słyszysz “Floryda” – myślisz pewnie “Miami”, jako że to największe (i najbardziej popularne) miasto. Ja ląduję w Fort Meyers. To zachodnia część stanu, miejsce, o którym wcześniej nie słyszałam.

Wysiadam z samolotu i już czuję, że to będzie ciepły dzień. To śmieszne, bo w Nowym Jorku leżał jeszcze śnieg, gdy rano jechałam na lotnisko. Wciąż mam na sobie leginsy, które założyłam pod cienkie spodnie w kwiatki. Zapobiegawczo, żeby nie zmarznąć.

Na przystanku autobusowym poznaję starszego pana. Ma trochę krzywe zęby i mamrocze pod nosem, przez co strasznie ciężko mi go zrozumieć, ale ewidentnie stara się mną zaopiekować. Razem wsiadamy do autobusu i aż do ostatniego przystanku towarzyszy mi pilnując, żebym się nie zgubiła. Bilet całodniowy dostaję za darmo. Pani sprzedająca bilety nie ma gotówki, żeby wydać mi z 20 dolarów, więc po prostu podarowała mi ten jeden kartonik.
Nie ma jeszcze 12:00, gdy dojeżdżam na miejsce, najpierw decydując się zjeść obiad w przydrożnej restauracji. To taki typowy amerykański “diner”, gdzie podają szybko, płaci się niewiele, a w dodatku wszyscy się tu znają. I wtedy właśnie dociera do mnie, że przez cały ten czas wokół mnie są przede wszystkim starsi ludzie. I nagle rozumiem te żarty, że Amerykanie na emeryturę przeprowadzają się na Florydę, bo “ładnie i ciepło”.

Imprezy do rana, ale nie króluje tu blues

Do Miami docieram dopiero wieczorem. Hostel, w którym się melduję, nie napawa mnie optymizmem, nie ma między nami tej chemii i uczucia od pierwszego wejrzenia. Wraz z więzienną wyprawką (poszewka na poduszkę i koc) udaję się do pokoju, gdzie stoi moje łóżko. Szczęśliwie trafiło mi się to na dole, to przy dwóch kontaktach, mogę więc swobodnie naładować telefon i baterie do aparatu. Jestem tu Panią na włościach, a poza mną w pokoju śpi jeszcze pięć innych osób – wszystkie płci męskiej. Zaczynam się zastanawiać, czy dziewczyny kiedykolwiek rezerwują noclegi w pokojach “mieszanych”?

Przy śniadaniu odkrywam, jak mały jest świat. Spotykam dwie Polki, które przyjechały za ukochanymi tenisistami i lecą właśnie oglądać mecz. Szybko odkrywamy, że mamy wspólnych znajomych, co początkowo mnie zaskakuje. No bo jakie było prawdopodobieństwo? No jakie?

Miami jest inne niż Fort Meyers. Tu wszyscy są piękni i młodzi, szczupli i opaleni. Każdy gdzieś biegnie, idzie, zajmuje się sobą i nie zastanawia się, czy ta nieogarnięta dziewczyna na pewno wysiądzie na dobrym przystanku. Dam sobie jednak głowę uciąć, że w ich głowie siedzi nadchodząca impreza i koncerty – tak nachalnie reklamowane przez przelatujące nad plażą samoloty!

Odkrywam swoje miejsce na ziemi

Z trudem wstaję rano starając się nie obudzić tych biednych, zapitych chłopaczków. Jestem prawie pewna, że każdorazowe dzwonienie mojej bransoletki odbija się w ich głowach echem i w duszy wielbią moment, w którym zatrzaskuję za sobą drzwi. Jest jeszcze chłodno, 30 minut do wschodu słońca, kiedy wsiadam do autobusu w stronę Key West. Pilot dba o to, żebyśmy nie wykorzystali ani jednej minuty drogi na spanie opowiadając nam o dostępnych wycieczkach. Momentami zastanawiam się, czy on jest bardziej pilotem, czy jednak bardziej sprzedawcą? A Key West rysuje się w mojej głowie jako jeszcze bardziej turystyczne miejsce niż Miami Beach, gdzie spędziłam poprzedni dzień.

I nagle, po dwóch godzinach jazdy dostrzegam zmieniający się krajobraz. Trasa nr 1, której koniec znajduje się właśnie w Key West zamienia się w najpiękniejszą drogę, jaką przyszło mi jechać. Niektóre fragmenty drogi stanowi raptem nieduży most. Z jednej strony widać Ocean Atlantycki, a z drugiej Zatokę Meksykańską. W końcu dojeżdżamy! Key West – miasto najbardziej wysunięte na południe Stanów Zjednoczonych. Stąd jest już bliżej na Kubę niż do Miami!

Wsiadam na łódkę i razem z dwiema Niemkami, chińskim małżeństwem, rodziną Wietnamczyków i parą emerytowanych Amerykanów, którzy właśnie zaczęli podróż dookoła USA, wypływam w poszukiwaniu delfinów. Słońce pali mi skórę, krem z filtrem SPF30 nie pomoże… W sumie i tak jestem już kompletnie spalona, ale nie przeszkadza mi to z uśmiechem wypatrywać tych fantastycznych ssaków. Ani też wskoczyć do wody i pływać wokół rafy. To mój pierwszy raz, kiedy snorkluję, złapanie oddechu i oddychanie przez usta okazuje się być dziwne i trudne. I wszystko to sprawia mi ogromną przyjemność!


Gdyby tylko to słońce nie paliło tak bardzo… mogłabym powiedzieć, że wreszcie jestem w raju!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mapa podróży…

Odwiedzone miejsca Placeholder
Odwiedzone miejsca

Znajdziesz mnie też tutaj

Klub Polki Na Obczyźnie Polskie Blogi Podróżnicze Góry i Ludzie

Zyskaj dostęp do ekskluzywnych materiałów!

Dołącz do grupy Czytelników, którzy otrzymują ode mnie listy z podróży oraz mają dostęp do ekskluzywnych materiałów do pobrania za darmo i niepublikowanych nigdzie indziej!

Weź udział w podróżniczym wyzwaniu!

12 podróży w 12 miesięcy - wyzwanie 2017!