“Rzuciła pracę w korporacji i wyrusza w podróż dookoła świata” – ten i podobne nagłówki zbierają lajki i szery, a wszyscy klikamy w nie, myśląc sobie “kurczę, ja to nie jestem tak odważna”. Ci ludzie z reguły nie lubią swojej pracy i dlatego też postanawiają się z nią rozstać. Tak zrobiła między innymi Anita, autorka bloga banita.travel.pl. Anita jeszcze kilka lat temu pracowała w firmie farmaceutycznej, jednak zdecydowała się zmienić kierunek, rzuciła pracę i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Południowej. Karol z Kołem Się Toczy całkiem niedawno zrezygnował z “wygodnego” etatu i przeszedł na własną działalność opartą o jego podróże. Ale nie myśl, że tylko w ten sposób możesz podróżować, a praca w korporacji Ci to uniemożliwia! Ja właśnie podjęłam pracę w korporacji, dzięki której podróżuję jeszcze więcej niż wcześniej! Ale po kolei…

Nie jestem popularnym dzisiaj cyfrowym nomadą

Nie wierzę, że nie znasz tego sformułowania! O byciu cyfrowym nomadą marzą wszyscy, a Facebooka zalewają reklamy kursów online, gdzie dowiesz się co trzeba zrobić, krok po kroku, by rzucić etat i pracować na własny rachunek z dowolnego miejsca na świecie. W byciu cyfrowym nomadą chodzi przede wszystkim o to, by pracować zdalnie i w elastycznym wymiarze godzin. Dzięki temu masz możliwość zwiedzania świata, a nawet mieszkania w różnych miejscach na świecie, nie tracąc źródła dochodu. Może to być zarabianie na blogu, prowadzenie kanałów social media dla różnych firm, grafika, programowanie, tłumaczenie tekstów i wiele innych rzeczy. O pracy zdalnej w podróży opowiadają inni blogerzy – Aleksandra, autorka Dużych Podróży, czy Arleta i Rafał z bloga zamieszkali.pl. Ja wiem, że to nie dla mnie…

Zaczęłam pracę w korporacji i nie żałuję!

Od kiedy tylko podjęłam studia informatyczne, pracowałam w swojej branży. Pół etatu, trzy czwarte, czy ile tam akurat mogłam sobie pozwolić. Dzięki temu zarabiałam pierwsze poważne pieniądze szlifując swoją wiedzę i umiejętności praktyczne, jednocześnie ucząc się na dobrej uczelni. Można powiedzieć, że były to prace marzeń (bo było ich kilka), bo elastyczny czas pracy pozwalał mi dostosować grafik do moich potrzeb, a także z łatwością wpleść w niego kilka dłuższych wyjazdów.

Koniec końców, nie pozwalałam sobie na wielotygodniowe wypady – w ciągu roku akademickiego nie były one łatwe do zorganizowania ze względu na zajęcia na wydziale, a w wakacje skupiałam się na pracy, by nadrobić braki w projektach. Zauważyłam też, że firmy, w których pracowałam, choć niewielkie, robiły ciekawe rzeczy. I gdybym pracowała sama, na własny rachunek, samodzielnie pozyskując zlecenia, prawdopodobnie nigdy w życiu nie miałabym szansy zrealizować tylu ciekawych projektów i zająć się tym, co naprawdę mnie interesuje.

5 lat studiów zleciało dość szybko. A zaraz po pożegnaniu się z uczelnią podjęłam pracę w korporacji i wcale nie uważam tego, za mój życiowy błąd. Ponieważ jest to firma z oddziałami w kilku miejscach na świecie (i na kilku kontynentach) miałam możliwość wyboru, gdzie będę pracować! Teraz mieszkam w Nowym Jorku, Centrum Wszechświata, i dość często wyjeżdżam.

Co daje mi praca w korporacji (i czego Ty też możesz szukać)?

Agata Cieplik
Cześć! To ja! Cieplik – myśliciel! 🙂 

Po pierwsze, możliwość pracowania przy naprawdę dużych projektach. DUŻYCH. PROJEKTACH. To daje mi ogromną satysfakcję z tego, co robię. Wiem, że moja praca jest ważna, bo setki osób korzystają z tego, co robię na co dzień. Samodzielnie nie byłabym w stanie tego osiągnąć (a na pewno nie w tak krótkim czasie).

Po drugie, firma nie tylko zaoferowała przeprowadzkę, ale również daje mi możliwość podróżowania między różnymi siedzibami firmy. To też podróże! A co więcej, jadąc do innego biura znam tamtejszych pracowników, którzy chętnie podpowiadają, co warto zobaczyć w danym miejscu. I są to informacje z pierwszej ręki, od “lokalsów”!

Po trzecie, sama przeprowadzka do innego miejsca na świecie jest podróżą. Inaczej jest jechać w celach turystycznych na tydzień, czy dwa, czy nawet miesiąc. Inaczej, gdy wsiąkasz w to miejsce poznając je od podszewki każdego dnia rano jadąc metrem do pracy, rozmawiając z ludźmi, nawiązując nowe kontakty, przyjaźnie, słuchając narzekań na podatki i polityków, czy przechwałek o ich ulubionych sportowcach. Żadna krótkoterminowa podróż nie jest w stanie tego dostarczyć!

Po czwarte, nikt nie liczy mi czasu pracy. W nowoczesnych korporacjach liczą się efekty. Nie zastanawiaj się teraz nad tym, czy to znaczy, że nikt nie zapłaci Ci za nadgodziny! Pomyśl o tym, że gdy w mieście będzie akurat ciekawy festiwal, to nikt nie będzie bronił Ci wyjść wcześniej, tak długo, jak dobrym i efektywnym pracownikiem jesteś. Pracując na własny rachunek też musisz działać efektywnie, korporacje nie są tu wyjątkiem!

To rzucać to korpo, czy nie?

W ciągu ostatnich kilku miesięcy byłam już w Chicago, Toronto i na Florydzie, a także po raz kolejny odwiedziłam San Francisco i Waszyngton. Uczyłam się snorklingu, z aparatem “polowałam” na delfiny, fotografowałam w nocy wodospad Niagara i byłam na kilku musicalach na Broadwayu. Poznałam też fascynujących ludzi: zawodowego fotografa, który swoje zdjęcia publikował w najpopularniejszych magazynach; studenta z Kenii, który opowiedział mi o swoim ulubionym języku; małżeństwo, które rozpoczęło właśnie dwuletnią podróż kamperem po Stanach Zjednoczonych czy sowicie opłacaną chirurg plastyczną, która wykorzystuje swój talent pomagając ofiarom wypadków i przemocy domowej. I to wszystko w tak zwanym międzyczasie, pracując jednocześnie w korporacji. 😉

Jeśli czujesz się komfortowo, pracując jako freelancer, a hasło “digital nomad” nie jest Ci obce i od dawna Cię to interesuje – go for it! Zerwij z dotychczasowym pracodawcą i ułóż na nowo swoją zawodową ścieżkę! Dobrze jest jednak wiedzieć, że są też inne opcje i że nie trzeba wywracać całego dotychczasowego życia do góry nogami, by podróżować po świecie. Co więcej, niekiedy może się okazać, że właśnie praca w “korpo” może Ci w tym pomóc i ja jestem tego żywym przykładem!


Cieplik

Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.