Zakochaj się w Nowym Orleanie!

Zakochaj się w Nowym Orleanie!

przez Cieplik
0 komentarz 242 odwiedzin

Nowy Orlean był jednym z dłuższych przystanków na trasie mojej motocyklowej podróży przez Stany Zjednoczone. Zamierzałam spędzić tam 4 lipca – a jak wiadomo, w Ameryce to jedno z głośniejszych wydarzeń w ciągu roku 🙂 Już sam wjazd do miasta mnie oczarował, a z każdym kolejnym momentem (bo nawet nie dniem!) było jeszcze lepiej! Pozwól więc, że opowiem Ci o Nowym Orleanie… i o 5 rzeczach, które sprawiły, że pokochałam to miasto!

Najdłuższy most, jakim w życiu jechałam!

GPS pokazuje, że już niedaleko – i dobrze, bo już widać po chmurach, że za niedługo będzie padać. Bateria w kamerce rozładowana, ale zanim zorientowałam się, że już nie będzie możliwości postoju, żeby wymienić baterię – moim oczom ukazał się wjazd na most. Płatny. I tym razem nie ma zmiłuj, nie można sobie ot tak, czmychnąć i opłacić rachunku później. Trzeba się zatrzymać i zapłacić jakieś $4 za przejazd mostem. Gotówką. Tylko gdzie ja mam pieniądze…?

Most - Lake Pontchartrain Causeway, Nowy Orlean
Most – Lake Pontchartrain Causeway, Nowy Orlean

Ten most widziałam wcześniej na mapie, przygotowując się do podróży i zaznaczając ciekawe miejsca na trasie. Na mapie widać jezioro, Nowy Orelan i… prostą linię. Czyli Lake Pontchartrain Causeway, most na jeziorze Pontchartrain. Wybudowano go w 1956 roku, w 1969 dołożono drugą nitkę. W tym samym roku wpisano ten most do księgi rekordów Guinessa jako najdłuższy most nad wodą. Liczy sobie 24 mile (czyli niecale 40 kilometrów) i prowadzi na wskroś przez jezioro!

Wjeżdżam więc na ten rekordowy most (w Chinach wybudowano most dłuższ od tego, jednak Lake Pontchartrain Causeway ciągle wygrywa w kategorii najdłuższej ciągłej konstrukcji nad wodą) i nie widzę przed sobą jego końca. Ba! Nie widzę drugiego brzegu! Po prostu wjeżdżam na prostą drogę, pod sobą mam wodę jeziora (i to wcale nie tak daleko, bo most sam w sobie jest niski) i liczę na to, że w końcu dojadę do Nowego Orleanu!

Muszę przyznać, że jest to niesamowite przeżycie – nigdy w życiu nie poświęcałam mostom tyle uwagi, co w tamtym momencie. Na tej trasie można przeżyć ekscytację (w końcu księga rekordów, nie?), zmęczyć się, zestresować, zdenerwować, przestraszyć, zachwycić… A potem przeżyć to jeszcze dwa razy, zanim przejedzie się na drugi brzeg! Po dojechaniu na przedmieścia Nowego Orleanu momentalnie chciałam zawrócić i przejechać tę trasę raz jeszcze, ale wiadomo… ten deszcz!

Nowy Orlean miastem sztuki ulicznej

Nowy Orlean to po prostu świetne miejsce, żeby się zgubić. Tak zwyczajnie. Nie da się go ująć w żadne ramy – albo ja przynajmniej nie znam ramy dość pojemnej, by pomieściła smaki Nowego Orleanu, wszystkich artystów, architekturę, graffiti czy nawet zwykłych przechodniów! Zdecydowanie jednak to, co najbardziej urzekło moje serce to uliczni muzycy!

Już od pierwszego wjazdu do śródmieścia byłam oczarowana. Dźwięki jazzu roznoszą się ulicami, przez co nawet lekki deszcz jest niestraszny! Na każdej ulicy czy w parku rozstawia się grupa muzyczna, która dodaje energii przechodniom. Ludzie zatrzymują się, robią zdjęcia, czasem tańczą, a nawet śpiewają. A czasem tej energii jest trochę mniej… Jednak wciąż grupa gapiów i wolnych słuchaczy jest imponująca. W porównaniu z nowojorskim metrem – wygląda na to, że bycie muzykiem w Nowym Orleanie przynosi dużo więcej satysfakcji!

Jednym z lepszych punktów do słuchania muzyki na żywo jest Jackson Square (kilka minut spacerem od parku miejskiego Moonwalk). To tutaj jest dość miejsca, by poruszać żwawo bioderkami w rytm muzyki, a w międzyczasie podglądać innych artystów ulicznych przy pracy. Inne miejsca warte uwagi to też Royal Street i Bourbon Street (w Dzielnicy Francuskiej), a także Frenchmen Street. Co więcej, jeśli już teraz chcesz wsłuchać się w rytm bicia serca Nowego Orleanu, to polecam odwiedzić stronę WWOZ, gdzie poza informacjami o muzyce granej na żywo i kalendarium, znajdziesz też darmowe radio internetowe!

Voodoo, czyli jak Nowy Orlean czaruje?

W praktycznie każdej bocznej uliczce, przez którą spaceruję, widzę przynajmniej jeden znak nad drzwiami krzyczący do mnie “Voodoo”. Czasem jest to niewielki sklep z akcesoriami, a czasem cały biznes wokół magii, czarów i Voodoo. Można wejść, zapłacić, porozmawiać i dostać jakiś czar. Albo dwa, przy okazji grubszego portfela.

Znajduję też muzeum Voodoo. “Czemu nie?”, pomyślałam.

Pomieszczenie jest niesamowicie ciasne, a klientów nie brakuje. Niektórzy czekają na ławce, bo zbyt wiele osób naraz zwiedza i zrobiło się już tłoczno. W ramach biletu wstępu dostaję wydrukowany i zalaminowany przewodnik po muzeum z krótkimi notkami o tym, co gdzie i jak.

Luizjana Voodoo (znane też jako Voodoo nowoorleańskie) to lokalna wersja afrykańskich tradycji, a największy wpływ na jej rozwój miała nowoorleanka mieszanego pochodzenia – Marie Laveau, okrzyknięta mianem Królowej Voodoo (Voodoo Queen). Marie pracowała w salonie piękności, w którym czesała bogaczy. Słuchała więc w pracy wielu opowieści i dzięki temu nawiązała również wiele znajomości z wpływowymi mieszkańcami miasta. Poznała opinie i potrzeby. I dlatego też, chcąc rozpropagować Voodoo w Nowym Orleanie, postanowiła wpleść w obrzędy chrześcijańskie dewocjonalia, a także odrzuciła krwawe rytuały i ofiary ze zwierząt. I taką właśnie wersję Voodoo przedstawiła mieszkańcom. Dość szybko zyskała ogromny wpływ w mieście, a sama poza tytułem Voodoo Queen stała się również inspiracją dla… pokoleń wyznawców. A także artystów.

O historii Marie, o wężu imieniem Zombi i poszczególnych rytuałach dowiesz się właśnie w New Orleans Voodoo Museum. I gwarantuję Ci, że wyjdziesz stamtąd z jeszcze większym zaciekawieniem! Muzeum jest czynne codziennie od 10:00 do 18:00, a bilet wstępu kosztuje 7 dolarów. Co więcej, muzeum organizuje również wycieczki na pobliski cmentarz, gdzie można zobaczyć grób samej Voodoo Queen! Więcej informacji na stronie muzeum: https://www.voodoomuseum.com/

Przez żołądek do serca – tak Nowy Orlean na pewno podbije Twoje serce!

Jeśli uliczni artyści czy voodoo Cię jeszcze nie przekonały, że Nowy Orlean naprawdę warto odwiedzić, to znaczy, że czas na lunch! Kuchnia kreolska, bo taka tu dominuje, jest przepyszna! Mnie najbardziej urzekają przyprawy i sosy, a w dodatku położenie miasta zapewnia, że podane owoce morza są na pewno świeże.

Koniecznie spróbuj więc dania z krokodyla, muli na wszystkie sposoby czy świeżej ryby!

Szczerze polecam Oceana Grill – kolejki do tej restauracji ustawiają się na ulicy, a czas oczekiwania przekracza pół godziny, ale naprawdę warto! Ceny są przystępne, a przystawki z aligatora palce lizać! Tutaj też tak naprawdę zasmakowałam w ostrygach (a muszę przyznać, że takie potrawy nigdy nie należały do moich ulubionych), więc odczuwam pewien sentyment 🙂

Lunch (czy też brunch) polecam zjeść w Jimmy J’s Cafe, gdzie śniadania i jajecznicę odkrywają na nowo mieszając to, co znane, lubiane i opatrzone z elementami kuchni kreolskiej i owoców morza. A do tego obsługa jest fantastyczna a sama knajpa… po angielsku najpewniej określona by była mianem “cozy” 🙂 Już sam wystrój tego miejsca przyciąga – a co dopiero pyszne jedzenie, duże porcje i niestraszne ceny!

Wyczekiwany 4 lipca!

Chłonęłam miasto już jakiś czas – podziwiając architekturę, spędzając czas w parku, chuchając na sklepowe witryny i podziwiając przedziwne wystawy… Ale wieczór 4 lipca to dopiero coś. Zaplanowano pokaz fajerwerków, darmowy koncert zespołu… Bag of Donuts, który gra covery znanych zespołów rockowych i przypadkiem wygląda prawie jak Kiss… Ale to nie te atrakcje były dla mnie najciekawsze, a atmosfera!

Mieszkańcy (i turyści, masa turystów) zebrali się razem w parku miejskim, gdzie na scenie grał zespół, a pod sceną odgrywały się przeróżne historie! Byłam świadkiem zasłabnięcia i szybkiej akcji ratunkowej (też pomogłam, dzwoniąc na 911!), rodzinnych tańców pod sceną, miłości, zabawy i łączenia pokoleń. Dwie sceny najbardziej utknęły mi w pamięci. W pierwszej z nich główną rolę odgrywała mama z tatą – młode małżeństwo, które bawiło się świetnie w towarzystwie swoich małych dzieci. Najpierw tańczyli z dziećmi, a potem na środku zaczęli tańczyć ze sobą, a dzieci obserwowały ich oczarowane! W drugiej brali udział studenci – przyjechali tu świętować, ubrali się w przyduże sukienki (tak, męska część grupy też!) wymalowane w amerykańskie barwy, a sami pili i tańczyli w rytm muzyki. Tuż za nimi na krzesełkach siedziała grupa starszych pań – i ci studenci, a w zasadzie studentki z grupy, poderwały je z krzeseł i wciągnęły do swojego tańca. I wszyscy razem, z pełnym szacunkiem, tańczyli pod sceną w rytm piętnastominutowego mashupu piosenek Queen.

O 20:00 rozpoczął się pokaz fajerwerków, podczas którego można było słuchać specjalnie dopasowanej muzyki za pomocą przygotowanej wcześniej aplikacji. I wszyscy razem – pijani, trzeźwi, w kowbojskich kapeluszach, w sukienkach i bez, z dziećmi, starsi, młodsi – oglądaliśmy je i świętowaliśmy kolejny rok, od kiedy niepodległości Stanów Zjednoczonych.


Nowy Orlean leży nad rzeką Missisipi, 150 km od Zatoki Meksykańskiej. Temperatura waha się między kilkunastoma stopniami (w styczniu) do około 30 stopni Celsjusza, dzięki czemu jest tam dość komfortowo przez cały rok! Najlepiej jednak Nowy Orlean odwiedzić w czasie świąt czy festynów, a najlepszym czasem jest oczywiście okres karnawału – czyli Mardi Gras! W mieście organizowane są wtedy przeróżne parady, a jednym z ważniejszych rekwizytów stają się kolorowe koraliki, które mężczyźni wręczają kobietom.

Nowy Orlean był jednym z wielu przystanków w mojej podróży Motocyklem przez Stany Zjednoczone. Poczytaj więcej o mojej podróży tutaj!

Dodaj komentarz

avatar

Mogą Cię zainteresować...

Ta witryna używa ciasteczek. Pozostając na stronie zgadzasz się na ich użycie. OK! Polityka prywatności