W gruncie rzeczy wcale nie tak dawno polubiłam się z fotografią. Jakoś w 2016 kupiłam swojego bezlusterkowca i poszłam na pierwszy kurs fotografii. Od tamtej pory coraz więcej się o fotografii uczę, a coraz częściej w czasie moich podróży siedzę z aparatem i strzelam zdjęcie za zdjęciem. Tym razem, w czasie mojej motocyklowej podróży przez Stany, trochę się jednak zmieniło – i chociaż ciągle robiłam zdjęcia, to nie przywiozłam miliona fotografii. I wcale nie jest mi z tego powodu źle. 🙂

Trening czyni mistrza

W ciągu ostatniego roku odbyłam kilka innych, ciekawych kursów fotografii, podszkoliłam się w obróbce zdjęć w Ligthroomie, a nawet wystawiłam swoje zdjęcia na zbiorowej wystawie w NYC. Ego urosło o co najmniej kilkanaście centymetrów. A nuż – może jeszcze trochę i będę tak dobra, jak Anita Demianowicz? 🙂

Z takim dosyć pozytywnym nastawieniem pochłaniam kolejne artykuły o tym, jak robić zdjęcia w podróży i co jakiś czas szukam kolejnych warsztatów. W końcu trening czyni mistrza – im więcej się dowiem i poćwiczę, tym piękniejszą pamiątkę będę przywozić ze swoich wojaży, nie? I tak wybierając się w moją miesięczną podróż motocyklem przez Stany, śmiałam się, że będę robić postoje co jakieś 100 metrów, żeby tylko cyknąć kolejną fotkę.

W ostatnim tygodniu zrobiłam mniej niż 200 zdjęć.

Kolekcja barwnych wspomnień

Wyobraź sobie, że leżysz na dachu zamku pośrodku pustyni w Nevadzie. Nad Tobą niebo usłane gwiazdami i droga mleczna, której już dawno nie widziałaś (w Nowym Jorku trudno choćby o jedną gwiazdę). Jeszcze jest ciepło, słońce zaszło dopiero dwie godziny temu. Obok Ciebie leży Twoja druga połówka. Milczycie. Jest pięknie. Może nawet romantycznie. I nagle “pyk”, dźwięk migawki. Minęło 20 sekund, kiedy Twój aparat naświetlał gwiazdy i tę piękną drogę mleczną. Zrywasz się w mgnieniu oka i sprawdzasz, czy zdjęcie wyszło jak w poradniku, który znalazłaś w Google. Ta druga połówka też się zrywa i ustawia swój aparat. Na 30 sekund, bo tak mu się wydaje, że będzie lepiej.

I ten romantyczny moment prysnął. A jak dobrze pójdzie, to jeszcze zdążycie się podrażnić, komu wyszło lepsze zdjęcie tych gwiazd. Chociaż tak naprawdę żadne nie jest choć odrobinę tak dobre, jak fotografie profesjonalistów. W międzyczasie robi się zimno, a Ty już się nie napatrzysz zbytnio na tę drogę mleczną.

 


Albo wyobraź sobie inną sytuację. Jedziesz motocyklem (albo rowerem, czy może autem) po fantastycznej drodze górskiej. Niebo ma błękitny kolor, a chmury układają się w ciekawe kształty wokół słońca. No i ten widok! Najchętniej zatrzymałabyś się tu i teraz, ale najbliższy postój możliwy będzie dopiero za kilkaset metrów. Nie szkodzi. Też będzie pięknie. Widok, co prawda, nie zapiera już oddechu w piersiach tak bardzo, jak ten widziany z drogi, drzewa trochę zasłaniają, ale i tak spędzasz tu 15 minut, żeby zrobić zdjęcia.

10 minut później widok na drodze wciąż jest genialny, a Ciebie aż korci, żeby strzelić kolejne fotki. I zatrzymujesz się znowu. Jeszcze jakieś 10 razy. Zdjęcia wcale nie lepsze, a Ty tracisz czas i energię. Za każdym razem hamujesz na żwirze, ściągasz kask, rękawice, wyciągasz aparat z bocznego kufra… No ile można? W końcu nie po to jechałaś! Ta podróż miała mieć inny cel!

Co jest dla mnie ważne w podróży?

Wybierając się w podróż motocyklem, chciałam przeżyć przygodę – poznać ludzi zamieszkujących przeróżne zakątki USA, sprawdzić się w drodze jako motocyklistka, zapomnieć o bożym świecie, pracy i innych takich. Zdjęcia – owszem, uwielbiam robić i wciąż robiłam, ale odpuściłam postoje co kolejną milę. Uwierz mi, zatrzymywanie motocykla na górskich drogach, to nie jest to, po co się na te górskie drogi wspina. Zamiast tego wolę łamać się w zakrętach i czuć wiatr we włosach!

W czasie tego miesiąca poznałam przeróżne ciekawe osobowości – wiele osób podchodziło i zagadywało, bo motocykl na nowojorskich tablicach rejestracyjnych wzbudzał sensację. Niektórzy przychodzili z radą, inni z zainteresowaniem pytali o podróż, a jeszcze inni opowiadali o sobie i o swoim miejscu zamieszkania. I te rozmowy były najciekawsze, ale ich nie da się uchwycić na zdjęciach!

Czasem świadomie nie zabierałam ze sobą aparatu, jak choćby wsiadając na kajak. Dużo lepiej się pływa, kiedy skupiasz się na wiosłowaniu i podziwianiu widoków, zamiast stresować się, czy zaraz wywrócisz się do wody i utopisz aparat. Patrzyłam potem na wszystkie panny mijane na niewielkiej kamienistej wyspie, do której zacumowałam mój kajak, które w skąpych bikini prężyły się do zdjęć, a ich partnerzy próbowali uchwycić te nieziemskie uśmiechy i rozwiane wiatrem włosy. Te pary po pół godzinnej sesji zdjęciowej wracały do motorówki i płynęły szybko na ląd, by zaraz pojechać autem do kolejnej miejscówki na pozowane sesje. Ich konta na instagramie na pewno są piękniejsze od mojego, ale tylko ja wiem, ile frajdy dało mi machanie wiosłem po jeziorze i ta duma, że nie wywróciłam kajaka 🙂

Niektóre zdjęcia cykałam telefonem. Bo jak to się mówi: najlepszy aparat to ten, który masz przy sobie. I w sumie przestałam się martwić, że zdjęcia nie będą najlepszej jakości – bo najważniejsze jest, że będą moje, ukażą to, co dla mnie było ważne i warte zapamiętania i będą najlepsze, jakie mogłam w danym momencie wykonać 🙂

To robić te zdjęcia czy nie?

Jadąc motocyklem przez kilka godzin dziennie, ma się dużo czasu na rozmyślanie o życiu, planach, wizjach itd. O blogu też dużo myślałam. I chyba w trakcie tej podróży znalazłam swój złoty środek. Zamiast gonić za najlepszym kadrem, uświadomiłam sobie, że nie to jest dla mnie aż tak bardzo istotne (w końcu nikt nie płaci mi za zdjęcia, nie? 😉) i chociaż lubię fotografować, to świat nie załamie się, jeśli akurat nie będę mieć ze sobą aparatu. Zamiast tego podziwiałam widoki, wzdychałam za każdym razem, gdy pioruny rozświetlały niebo, albo gdy oglądałam fantastyczny zachód słońca prosto z kanapy mojego motocykla.

Więc może nie zawsze będę mieć zdjęcia, by udowodnić, że w danym miejscu było przepięknie… Ale mam za to setki historii i opowieści. I mam nadzieję, że moje zapewnienia na blogu o tym, że gdzieś warto pojechać (nawet jeśli bez najpiękniejszych ujęć), zainspirują Cię do samodzielnej podróży. I może zrobienia własnych zdjęć 😉


Cieplik

Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.