Jako dziecko marzyłam o Polaroidzie. Możliwość robienia zdjęć, które następnie “magicznie” wyskakują z małej puszki wydawała mi się fascynująca. Dopiero wiele lat później dotarło do mnie, że zdjęcia te wcale nie są drukowane niekończącym się atramentem… Wreszcie przyszło mi zrealizować to dziecięce marzenie i od niedawna jestem szczęśliwą posiadaczką aparatu Instax Mini. A dokładniej Instax Mini 90 Neo Classic.

Moje pierwsze spotkanie z insta fotografią

Siedzimy w teatrze na Broadwayu, właśnie zaczęła się przerwa. Chwytam za aparat i próbujemy ustawić się do zdjęcia. Ja i jeszcze 3 inne osoby. Szczerzymy gęby, ale jakoś nie bardzo umiemy się ogarnąć – widać, że nikt z nas nie ma wprawy w robieniu selfie… Klik, błysk i jest! Z aparatu powoli wysuwa się niewielki kartonik.

– Nie machaj! – krzyczy na mnie Sarah. Jej mina wyraża tak wielkie oburzenie, jakbym co najmniej obraziła jej koty. – To mit, że trzeba machać! Jak trzymasz spokojnie i w jednej pozycji, to wychodzą znacznie lepsze kolory!

Po chwili widzimy zarys naszych gąb na tym niewielkim kartoniku. Flesz nieszczególnie nam pomógł – moja twarz błyszczy się jak psu jajca na wiosnę, podczas gdy to, co za mną ukryło się w cieniu. Nie odbiera to nam jednak radości. Następnym razem wyłączę flesz.

Aparat Instax i jego różne wersje

Aparat kusił mnie już od jakiegoś czasu – zwłaszcza te przeróżne kolorowe wersje wołały do mnie ze sklepowych półek “weź mnie!”. Nie ugięłam się jednak… tak łatwo. Mój zakup poprzedził dosyć szeroki risercz, dzięki któremu mogłam podjąć decyzję. Sprawa wygląda następująco:
Aparat Instax występuje w dwóch różnych rozmiarach – Mini i Wide. Każdy z tych rozmiarów ma potem kilka modeli. Mnie najbardziej interesował Mini – kusiła zarówno niższa cena, kompaktowy rozmiar i większy wybór.
Z serii Instax Mini ukazały się 4 urządzenia – trzy aparaty i jedna drukarka (wywoływarka?) zdjęć, dzięki której z łatwością można wywołać fotografie zrobione np. smartfonem.
Kolejne aparaty różnią się ceną, a co za tym idzie możliwościami. Mój wybór padł na Instax Mini 90 Neo Classic, a zadecydowały o tym:

– wygląd – no nie ukrywam, chciałam, żeby pasował do mojego “normalnego” aparatu…
– możliwość wyłączenia lampy błyskowej – ta funkcja nie jest dostępna w tańszych wersjach, tam flesz błyska nam za każdym razem
– przystosowanie do fotografowania zarówno w pionie jak i poziomie – tak, tak, są nawet dwa osobne przyciski, dzięki czemu łatwiej się strzela te fotki!
– promocja – gdyby nie to, że wyczaiłam promocję, dzięki której mogłam zapłacić ledwie 50% ceny, to pewnie zastanawiałabym się dłużej nad tym zakupem…

Nic nie jest idealne

Instax nie jest aparatem idealnym. To zabawka. Czuć to zarówno w momencie, kiedy chwytasz za aparat – jest on bardzo delikatny, plastikowy.
Do tego wizjer, przez który patrzysz robiąc zdjęcie, nie pokazuje tego, co faktycznie “widzi” obiektyw. Obraz z wizjera jest więc nieco przesunięty na bok, co trzeba brać pod uwagę kadrując zdjęcie. Również kolory fotografii są lekko wypłowiałe. I to w zasadzie największe wady, o których warto wspomnieć.

“Ona uwielbia takie zdjęcia, dziękujemy!”

Siedziałam na łódce z tuzinem obcych mi ludzi. Choć w zasadzie, po 3 godzinach wspólnego pływania nie byli już tacy obcy. Na przeciwko mnie siedziało młode małżeństwo z malutką córką. Dziewczynka marzła, podsypiała, siedziała cicho. Zastanawiałam się, czy jest zmęczona, czy znudzona całą tą łódką. W momentach, kiedy odzyskiwała siły wyglądała ślicznie. Wiatr delikatnie rozwiewał jej ciemne włoski pod tęczowym kapeluszem, a ona śmiała się do swoich rodziców. Chciałam bardzo zrobić jej zdjęcie, ale trochę się wstydziłam. W końcu, zebrałam się na odwagę i lekko chwiejąc się (w końcu ciągle byliśmy na łódce!) podeszłam do nich i zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcie córce.
Rodzice nie mieli nic przeciwko, zagadałam więc do małej “lady”, a ona uśmiechnęła się delikatnie. Pstryk! I aparat wysunął kolejny kartonik. Oddałam im zdjęcie, a dziewczynka z zaciekawieniem patrzyła jak z każdą kolejną chwilą obraz wyłaniał się na niewielkim, białym kartoniku.

Dlaczego warto pokochać Instaxa Mini?

Jego kompaktowy rozmiar pozwala zabrać go ze sobą naprawdę wszędzie. W dodatku, ze względu na brak wielkiego ekranu LCD, bateria nie wyczerpuje się szybko (od miesiąca nie ładowałam akumulatora…).
Raczej nie jestem fanką selfie, jednak Instax mnie do tego przekonał i w czasie ostatniej podróży robiłam wiele autoportretów na przeróżnych tłach właśnie Instaxem! Niewielkie lusterko umieszczone tuż przy obiektywie pomaga wykadrować takie zdjęcie.

Oczywiście, wszystkie wymienione tu rzeczy, można spokojnie uzyskać robiąc zdjęcia telefonem, czy kompaktowym aparatem. A na pewno lepszej jakości fotografie powstaną, gdy użyje się lustrzanki. Mnie jednak właśnie podoba się fakt, że te niewielkie kartoniki nie są edytowane, a w czasie robienia zdjęcia nie da się dokładnie powiedzieć, co i jak wyjdzie. Poza tym – nie wiem jak Ty – ale ja ostatni raz wywoływałam zdjęcia bardzo… BARDZO dawno temu! A tu? Mam je od razu! I to autentyczne, bez żadnego retuszu! 😃 No i fakt, że jedno zdjęcie jest w zasadzie dość drogie (do aparatu można dokupić wkłady 10 filmów) przez co bardziej doceniam każde zdjęcie. I nie strzelam z Instaxa jak z karabinu…

Opublikowane przez Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.

Komentarze

    1. Wyglada spoko + z tego, co widze dodaja do tego jakies nakladki na obiektyw. Uzywacie?

      Odpowiedz

    2. czasami. bardziej to zabawka niż aparat 🙂

      Odpowiedz

    3. No jasne 😉 ale fajna zabawka :3

      Odpowiedz

Dodaj komentarz