Miałam marzenie, żeby zobaczyć wieloryba. Takiego prawdziwego. Od zawsze fascynowały mnie te wielkie zwierzęta. Pamiętam, jak w Akwarium w Gdyni jako może 10-letnia dziewczynka, przyglądałam się z ogromną fascynacją makiecie szkieletu wieloryba. Rozciągał się na całą ścianę, a mimo wszystko wydawał mi się mniejszy, niż w moich wyobrażeniach. W Bostonie mogłam wreszcie sprawdzić, jak wieloryby wyglądają naprawdę, na żywo, naturalnie.

 


Whale watching, czyli podglądanie wielorybów w ich naturalnym środowisku

Nasz „Diament” prawie gotów już,
W cieśninach nie ma kry.
Na kei piękne panny stoją,
W oczach błyszczą łzy.
Kapitan w niebo wlepia wzrok,
Ruszamy lada dzień.
Płyniemy tam gdzie słońca blask
Nie mąci nocy cień.

Statek, którym będziemy płynąć jest trochę większą, typową łodzią turystyczną. Na parterze, oczywiście, znajduje się barek, w którym głodni pasażerowie mogą zaopatrzyć się w ciepłe precle i herbatę. Kolejne piętro pełne jest ludzi – wszyscy siedzą na zewnątrz, by podziwiać widok oddalającego się miasta. Na samej górze ciasno. Upchaliśmy się tam jak sardynki w puszce.

Obok mnie włoskie małżeństwo rozstawia sprzęt. Kamerkę gopro montują na poręczy, aparat z szerokim obiektywem odłożyli tuż obok plecaka – na później. Ona do tego robi selfie telefonem. Jak tylko ruszymy zaczną kręcić relację ze statku.

Piękne słońce żegna nas, kiedy wypływamy z portu. Kapitan stara się powolnie i delikatnie manewrować, podczas gdy my słuchamy instrukcji bezpieczeństwa. Kapoki umieszczono w skrzyniach, pod siedzeniami. Wiele więcej nam nie potrzeba. Coraz bardziej oddalamy się od Bostonu i płyniemy w kierunku Jeffrey’s Ledge – miejsca, w którym mamy spotkać wieloryby.

Ej panno, po co łzy,
Nic nie zatrzyma mnie,
Bo prędzej w wodach kwiat zakwitnie,
Niż wycofam się.
No nie płacz, wrócę tu,
Nasz los nie taki zły,
Bo da dukatów wór za tran
I wielorybie kły.

Z uśmiechem podziwiam widoki i wszystkie mijające nas łódki. Tuż nad nami przelatuje samolot podchodzący do lądowania, a z lewej mijamy kolejne wyspy – Castle Island, Spectacle Island i Long Island. Statek gwałtownie przyspiesza. Wzburzone fale uderzają o jego boki. Trochę się kołyszemy. Za bardzo. Decyduję się zejść niżej – na parter – tam zdecydowanie mniej kołysze.

Na deku stary wąchał wiatr,
Lunetę w ręku miał.
Na łodzi, co zwisały już
Z harpunem każdy stał.
Dmucha tu i dmucha tam
Ogromne stado w krąg.
Harpuny, wiosła, liny brać
I ciągnij brachu ciąg!

-Przepraszam bardzo, poproszę torebkę… – słyszę głos starszej kobiety siedzącej przede mną. Jej wnuczek czuje się słabo. Jak widać – nie tylko on – obsługa rozdaje takie torebki pasażerom od kilkunastu minut. Korzystam z okazji i też proszę o jedną. Nie wiem jeszcze, czy dlatego, że chcę mieć torebkę-rzygaczkę z logiem statku na pamiątkę, czy jednak może okazać się być potrzebna…

-Patrzcie! Tam jest jeden! – towarzystwo na dolnym pokładzie rzuciło się do okien. Na zewnątrz panuje równie wielki tłok. Chwilę debatuję nad sensem życia i rzygania, by wreszcie spiąć poślady i wstać.

I wtedy okazuje się, że praktycznie z każdej strony nasz statek otoczony jest przeróżnymi wielorybami! Co jakiś czas widać i słychać chlupiący, wielki ogon i cień, który ciągnie go w dół. Niektóre pokazują swoje mordki – wielkie czaszki ledwo tylko wystające ponad poziom wody. Po chwili słychać szum, parsknięcie i nagle okazuje się, że wieloryb z lewej wystrzelił strumień wody. Normalnie jak w bajce!

I dla wieloryba już
Ostatni to dzień,
Bo śmiały harpunnik
Uderza weń.

W ciągu 40 minut widzimy kilkanaście wielorybów, czasem kilka na raz. Jeden wyskakuje wysoko ponad wodę pokazując nam swój brzuch. Niewielka grupka nurkuje głęboko w dół, by po chwili inne wypłynęły i pomachały nam swoim ogonem.

-Patrz, jaka ona piękna! – krzyczy dziewczyna stojąca obok mnie, po chwili głośno zastanawia się, jakiej płci właściwie było to zwierzę.
-Płynie razem z nami! – pokazuje na wieloryba, który od jakiegoś czasu powoli płynie wzdłuż naszego statku. W końcu znika w głębinach.

Gdy tylko pojawia się jakiś – kilkadziesiąt osób na raz próbuje go ustrzelić. Strzelamy z lustrzanek, kamer sportowych, telefonów, super zoomów. Przepychamy się łokciami – każdy chce stać jak najbliżej burty i mieć jak najlepszy, niczym nie zachwiany widok.

Załoga statku zajmuje się badaniem wielorybów od lat

Każdy wieloryb, który pokazał nam się tego dnia został opisany przez grupę badawczą – zarówno my, na łódce, jak i późniejsi zainteresowani, dowiadujemy się, które gatunki widzieliśmy. W pierwszej kolejności ukazał nam się płetwal zwyczajny (zwany fin whale). Kilkakrotnie w czasie wycieczki słyszymy, że płetwale zwyczajne, to drugie co do wielkości zwierzęta na ziemi. Większy od nich jest tylko płetwal błękitny.

Kolejne, które wypłynęły nam naprzeciw tego dnia, to humbaki (długopłetwowiec oceaniczny), sejwale (płetwal czerniakowy) i rekin olbrzymi (długoszpar). Ekscytacja załogi była tym większa, że był to pierwszy rekin olbrzymi, którego spotkali w tej okolicy.

Martwy wieloryb

K. pływa z turystami od 5 lat. Mówi, że widział już wszystko. Pewnego razu załoga dostała informację o martwym wielorybie, który dryfował po wodach oceanu. Popłynęli tam zobaczyć, jak wygląda martwe zwierzę.

 

Pręgi na ciele wskazywały na zderzenie z niewielką łodzią. K. kręci nosem, kiedy opowiada o wszystkich pływających w tej okolicy łódkach. Te małe stanowią spore zagrożenie dla wielkich i powolnych wielorybów. Prędkość, z którą płyną małe łodzie nie pozwala zauważyć wyłaniającego się z wody zwierzęcia. Często wtedy takie łódki zostawiają ślad na grzbiecie w postaci pręgów. Po kilku zdrzeniach, bądź zetknięciu z większą łodzią – zwierzę nie ma szans na przeżycie. Umiera.

Dryfujący martwy wieloryb jest kłopotem. Nikt nie chce go wyłowić – panuje zasada “Ty dotkniesz – Twój problem”. K. mówi, że koszty utylizacji ciała wieloryba to kilka milionów dolarów. Nikt nie chce wydawać takich pieniędzy. Czeka się więc, aż cielsko martwego wieloryba zostanie wyrzucone przez ocean. W tym konkretnym przypadku – wieloryb wypłynął na publicznej plaży niedaleko Bostonu. Wszelkie koszty musiało więc pokryć miasto – jako właściciel plaży – a wszyscy odetchnęli z ulgą.

Zagrożenia

-A czy zdarzył się kiedyś wypadek z pasażerem statku? – pytam.
K. chwilę się zastanawia, zanim udzieli mi odpowiedzi.
-Statki są bezpieczne. Cała załoga jest przygotowana i wyszkolona do spokojnego manewrowania w pobliżu wielorybów. Na statku największym zagrożeniem dla pasażerów są jednak oni sami. Mamy regulamin, w którym wyraźnie prosimy o to, żeby nie biegać i nie skakać. To w końcu łódź, jest mokro, chwiejnie. Jednak rodzice często nie pilnują swoich dzieci i kilkakrotnie doszło do sytuacji, że dziecko wywróciło się i rozcięło brodę, czy rękę. Na szczęście, jest to przypadek, za który my nie odpowiadamy. To w końcu rodzic nie dopilnował swojej pociechy…

-A czy zdarzyło się, żeby ktoś wypadł za burtę? Albo żeby wieloryb zrobił krzywdę jakiemuś pasażerowi?
-Nie, nic takiego nie miało miejsca… A czy wiesz, że orki, to jedyne drapieżniki wśród waleni?

Informacje praktyczne

W poszukiwaniu wielorybów można wypłynąć codziennie. Kursy organizowane są co godzinę, zaczynając od 9:00 do 17:00. Wycieczka trwa od 3 do 4 godzin, w zależności od pogody. Organizator gwarantuje zobaczenie wielorybów. Jeśli z jakiegoś względu nie uda się zobaczyć ani jednego zwierzęcia – pasażerom przysługuje kolejna wycieczka w odpowiednim dla nich terminie.

Cena

– Bilet dla osoby dorosłej: 53 USD
– Pakiet dla 4-osobowej rodziny: 142 USD
– Bilet w pakiecie z biletem wstępu do New England Acquarium: 73.95 USD

Torebka-rzygaczka gratis 😃

Więcej informacji na stronie Harbor Cruises.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Znajdziesz mnie też tutaj

Polub profil Cieplik podróżuje na Facebooku! Polub profil Cieplik podróżuje na Instagramie!

Zyskaj dostęp do ekskluzywnych materiałów!

Dołącz do grupy Czytelników, którzy otrzymują ode mnie listy z podróży oraz mają dostęp do ekskluzywnych materiałów do pobrania za darmo i niepublikowanych nigdzie indziej!