Latarnia morska Montanouk

PODKAST #07: Przejedźmy się po wschodnim wybrzeżu!

przez Cieplik
0 komentarz

PODKAST #07: Przejedźmy się po wschodnim wybrzeżu!
Podróże, emigracja, Stany Zjednoc...

 
 
00:00 / 43:16
 
1X
 

W dzisiejszym odcinku skupiam się na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych – przyjrzymy się 14 stanom, opowiem kilka historii z moich podróży i podrzucę Ci listę miejsc, które na pewno warto zobaczyć będąc na wschodnim wybrzeżu!


W tym odcinku podkastu dowiesz się:

  • o tym, gdzie lepiej nie jeździć skuterami (i dlaczego!)
  • czy ciężko jest dogadać się w języku Appalachów
  • w którym ze wschodnich stanów USA nie płaci się podatków (i których podatków!)
  • gdzie żyją dzikie konie i jak kontrolowana jest ich populacja

Ponadto, opowiem Ci też anegdotki z Bar Harbor, podpowiem, gdzie warto pojechać odwiedzając Virginię i zdradzę, gdzie znajduje się najprawdziwszy zamek!

Poniżej znajdziesz transkrypt z podkastu, jeśli tylko wolisz czytać zamiast słuchać 😉

Otwórz transkrypt

To jest podkast „Cieplik Podróżuje”: audycja o podróżach emigracji i Stanach Zjednoczonych.

Odcinek 7.

W dzisiejszym odcinku skupię się na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Przyjrzyjmy się kolejnym stanom, podrzucę wam anegdotki i listę miejsce „must see”.

Cześć! Miło mi powitać was w siódmym odcinku podkastu „Cieplik Podróżuje”. Nazywam się Agata Cieplik i dzisiaj zabiorę was w podróż po wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Startujemy w Maine a koniec planowany jest na Florydzie. Także jest sporo mil do przejechania. Polecam więc usiąść wygodnie zapiąć pasy i jedziemy.


Do Stanów Zjednoczonych przeprowadziłam się jakieś niecałe 3 lata temu i praktycznie, od kiedy tylko się przeprowadziłam, a było to w listopadzie 2016 roku, dużo zwiedzam. Staram się zobaczyć jak najwięcej stanów jak to tylko możliwe. W tym czasie myślę, że bardzo dużo uwagi poświęciłam właśnie wschodniemu wybrzeżu, wiąże się to między innymi z tym ,że jest to po prostu blisko. Mogę zwyczajnie w świecie zrobić sobie taki weekendowy wypad i tak naprawdę, kiedy słyszę opowieści o podróżach do Stanów Zjednoczonych rzadko słyszę ludzi opowiadających o tym że pojechali sobie po wschodnim wybrzeżu. Najczęściej jednak jest to zachód. To jest to miejsce, które najczęściej kojarzy się z Ameryką, ze Stanami Zjednoczonymi, dlatego chciałabym dzisiejszym podkastem trochę wschód odczarować I opowiedzieć o każdym stanie. Nie będzie to taki typowy przewodnik, nie zamierzam mówić tylko i wyłącznie o miejscach, które są super znane, ani nie zamierzam w ogóle mówić o tym, że koniecznie trzeba zobaczyć w tym stanie to a w tym tamto. Chciałabym raczej dzisiaj opowiedzieć wam o tym, jakie są moje wrażenia z każdego z odwiedzonych wschodnich stanów. Co najbardziej rzuca się w oczy, co najbardziej mi się podobało, co uważam, że jest istotne a także podrzucę wam też trochę anegdotek  z moich wypraw do kolejnych wschodnich Stanów.


 Zacznijmy więc od Maine.

Maine to ten stan najbardziej wysunięty na północny-wschód, który ze wschodniej strony graniczy z Oceanem Atlantyckim, ale od północy graniczy z już Kanadą. Maine sam w sobie jest bardzo białym stanem, około 95% ludności to ludzie biali, ludzie rasy białej co bardzo widać, zwłaszcza w oczach osoby, która tak jak ja mieszka w Nowym Jorku: Nowy Jork jest po prostu bardzo różnorodnym miejscem. Spotkamy tutaj ludzi mówiących w wielu różnych językach. Spotkamy tutaj ludzi różnych kultur, ras, narodowości, religii. Maine, zresztą pozostałe północne stany również, są bardzo takie jednolite bym powiedziała. Miejsce, które przychodzi do głowy, jeśli myśli się o Maine i o podróży do Maine to przede wszystkim Park Narodowy Acadia. Ja w Acadii byłam motocyklem I muszę przyznać, że było to dla mnie świetne rozwiązanie. Park odwiedziłam w lipcu. Jest to  o tyle świetna pora, że tak jak na przykład w Nowym Jorku czy bardziej na południe wysuniętych w Stanach jest wtedy bardzo duszno i gorąco, to w Maine pogoda jest po prostu optymalna, mniej więcej 21-22 stopnie: nie jest ani za ciepło, ani za zimno. To, co tam mi się podobało to natura. W ogóle całe wschodnie wybrzeże jest pod kątem natury bardziej zbliżone do Europy, w porównaniu do tego, co mamy na zachodzie. Zachód jest po prostu trochę inny, na zachodzie jest zupełnie inna fauna i flora, zupełnie inny klimat. Acadia natomiast jest bardzo zbliżona pod kątem natury i roślinności do wszystkiego, co spotykamy w Europie. Muszę przyznać, że ten park Arkadia, o ile jest sam w sobie piękny, nie wydaje mi się być takim największym, najistotniejszym punktem odwiedzając Maine. To, co przede wszystkim wydaje mi się być super to poznani tam ludzie. No także również owoce morza, które serwują i w ogóle kuchnia. Nie jestem jakimś wielkim fanem owoców morza, ale jedzenie, które nam podano było niesamowicie świeże, no oczywiście bliskość oceanu, i było bardzo dobrze przyprawione. Aż chciało się jeść tego homara, aż chciało się patrzeć na niego i go zasmakować. Co do ludzi przede wszystkim warto zwrócić uwagę na akcent. To jest w ogóle takie niesamowite, bo przyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych jakoś nie zwracałam uwagi na akcenty, po prostu myślałam o tym, że każdy inaczej mówi, że to ja muszę się dostosować. Natomiast w Stanach tutaj jest bardzo popularne to rozkminianie kto z jakiego stanu, w jaki sposób się wypowiada, nawet jakich słów używa. To również jest specyficzne dla różnych stanów. W Maine ludzie mówią bardzo śmiesznie „r” i takie końcówki wyrazów. Troszkę można by powiedzieć po brytyjsku troszkę tak właśnie w stylu Maine. I miejscowość, w której okolicach znajduje się właśnie Park Narodowy Acadia nazywa się Bar Harbor natomiast wypowiadając to bliżej z akcentem Maine brzmiałoby to „Bahaba”. I mam taką historię, bo jechaliśmy z kumplami, jakby ja w czasie tej podróży jechałam ze swoimi dwoma przyjaciółmi. Wsiedliśmy do Ubera i w tymże Uberze rozmawialiśmy z  naszym kierowcą, który opowiadał o tym co możemy zobaczyć. Sam mówił, że jest tam po prostu pięknie w tym parku, polecał go i opowiadał o „Bahaba”. I kiedy zwrócił uwagę, że nie do końca łapiemy o co mu chodzi ,że to Bahaba to tak trochę dziwnie dla nas brzmi, powiedział nam taką anegdotę, że miał takiego znajomego kiedyś, dwudziestoletni chłopak i od zawsze mieszkał z Maine. Od zawsze mówił właśnie z tym akcentem bahaba i przez cały ten czas aż chyba do 20 czy nawet do 25 roku życia był święcie przekonany, że słowo wagina pisze się z „er” na końcu, bo wymawia się za wadżajna i myślał, że to jest dokładnie tak samo, jak ze wszystkimi innymi wyrazami, które w Maine są przeinaczane i końcówka „er” zamieniana jest na „A”, mówi się tak „wadżajna” więc był przekonany że pisze się w „vaginer”.


Wyjeżdżamy więc Maine, jedziemy na południe. Kolejnym stanem, do którego wpadamy jest New Hampshire. Muszę przyznać, że to właśnie w New Hampshire dużo bardziej mi się podobało pod kątem jazdy motocyklem. Znowu natura bardzo zbliżona do Europejskiej, dużo lasów liściastych. Najlepszym punktem w New Hampshire, w zasadzie dwoma, ale zacznijmy może od góry. Jest Góra Waszyngtona, która ma 1917 m nad poziomem morza. Jest to góra strasznie wietrzna, znajduje się w środku lasu White Forest, i to właśnie tam na szczycie góry Waszyngtona pobito trzy rekordy klimatyczne. Dwa z nich pobito w 1934 roku: pierwszy z nich to największa prędkość wiatru w porywie, kolejne największa średnia prędkość wiatru w ciągu 24 godzin. Kolejny rekord, który pobito na szczycie góry Waszyngtona to średnia prędkość wiatru wieloletnia, w tym wypadku uwzględniono 50 lat, czyli 1934 do 1983 roku. Na górę Waszyngtona można wjechać: można wjechać tam samochodem, można wjechać tam motocyklem, można również wejść. Natomiast nie jest polecane wchodzenie ścieżką tuż obok samochodów a na pewno nie jest dozwolone łapania auto stopa. W tamtym miejscu więc warto zwrócić uwagę na to, jaka jest pogoda, która jest godzina i czy na pewno jesteśmy przygotowani. Jeśli nie chcemy wchodzić, możemy na górę również wjechać: są takie specjalne kolejki, które wyglądają w ogóle świetnie, to są takie kolejki parowe. Można wyjechać praktycznie do samego szczytu, wspiąć się kilka stopni i jesteśmy już na szczycie. Sama jazda na szczyt to jest prawie 8 km drogi, droga jest bardzo kręta i jedzie się praktycznie naokoło góry. Widoki są  niesamowite, to jest w ogóle świetna trasa, zwłaszcza jeśli chce się jechać motocyklem. Ja byłam bardzo podekscytowana, myślałam sobie „Boże, ale ja tutaj będę łapać zakręty, ale będę się łamać w zakrętach, ale będę się przechylać tutaj”. Wszystko super, już taka wizja i jedziemy i faktycznie było fajnie. Nie było takiego dużego podjazdu, takiego dużego pochyłu więc aż tak strasznie nie czuło się tego, że wyjeżdża się do góry. Natomiast mniej więcej na trzecim kilometrze trasy wyjechaliśmy z lasu. Widoki były piękne, widoki były zapierające dech w piersiach, można było zobaczyć praktycznie wszystko w okolicy, otaczające góry, las i lekko zachodzące słońce, ponieważ było już późno. No ale właśnie, byliśmy wysoko, i wyjeżdżaliśmy jeszcze wyżej. I kiedy odwróciłam głowę, żeby zerknąć, co jest wokół, momentalnie zastygłam, cały czas siedząc oczywiście na tym motocyklu. No więc jadę na tym motocyklu, łamie się w tych zakrętach, bo droga jednak była kręta, była fantastyczna do jazdy motocyklem. Ale kiedy dotarło do mnie, że jestem wysoko i że praktycznie nie dzieli mnie nic od spadku prawie 300 m w dół, zamarłam. Poczułam jak moje dłonie w rękawicach motocyklowych zaczynają się pocić. Poczułam jak serce zaczyna mi walić mocniej i momentalnie zwolniłam. Na szczęście nie było już za nami żadnych pojazdów, bo wjazd do parku zamyka się około 18:00. W związku, z czym już więcej nowych pojazdów nie wpuszczano na górę. Także ja byłam generalnie ostatnią osobą, mogłam sobie więc jechać wolno, nikt mnie nie pospieszał. Dojechałam na szczyt, byłam z siebie bardzo dumna. Myślałam, że nie zejdę z motocykla, że nie zaparkuję, że już na pewno tym bardziej nie zjadę. Że po prostu więcej nic nie mogę zrobić i to ja po prostu tutaj na tym szczycie spędzę resztę swojego życia siedząc na motocyklu i nie wiadomo co robiąc. Byłam bardzo zestresowana. Przyznam szczerze, że trochę to wpłynęło na to jak potem przeżywałam te widoki ale zjazd był równie trudny. Warto zwrócić uwagę na to, jak jeździć po górach, chcemy jeździć oszczędnie zarówno do silnika, ale też, a może przede wszystkim, dla hamulców. I żeby nie było, że ja tutaj się mądraluję, w połowie drogi zjeżdżając minęliśmy samochód ze zwyczajnie w świecie przegrzanymi hamulcami na które kierowca wylewał wodę i próbował je jakoś schłodzić. Bo zwyczajnie w świecie dymiło się spod jego kół. Dlatego warto zwracać uwagę na to jak się jedzie po górach. Natomiast tak, wyjechałam  i dojechaliśmy do miasteczka, byłam z siebie tak dumna! Kiedy w ogóle wróciłam do pracy i wszyscy się pytali o co chodzi, opowiadałam tę historie z wielką dumą podkreślając że może i byłam zestresowana, ale przynajmniej dojechałam i nie miałam potrzeby zakładania brązowych gaci. Wszyscy się śmiali z wyjątkiem mojego menadżera, który niestety nie zrozumiał żartu i musiałam mu wytłumaczyć, że brązowe gacie to wtedy, gdybym się zesrała ze strachu.


Wyjeżdżamy więc z New Hampshire, kolejnym stanem jest Vermont. Vermont znowu jest jednym z tych piękniejszych stanów przynajmniej bliskim mojemu sercu. Jednym z popularniejszych miejsc w Vermont jest Killington, to jest miejsce gdzie po prostu wszyscy jeżdżą zimą na narty, są bardzo fajne góry, dużo wyciągów i dużo miejsc noclegowych. Jest to również miejsce, w którym przecinają się różne szlaki piesze między innymi szlak Appalachów. Szlak Appalachów to w ogóle taka ciekawa historia, on ciągnie się aż od Maine praktycznie przez 14 stanów aż do Niebieskich gór. Właśnie w tym Killington różne szlaki się  przecinają i mniej więcej w lipcu można spotkać wielu piechurów: tych, którzy wyruszyli parę miesięcy wcześniej z południa i szli właśnie w stronę Maine. Przecinają się też tacy, którzy mniej więcej miesiąc wcześniej wyruszyli z Maine i właśnie powoli docierają do Vermont i kierują się w stronę południa, bo mniej więcej czasowo tak to się układa. Natomiast sam szlak, natura, wszystko pięknie, góry, narty. Miejscem, które niesamowicie przykuło moją uwagę w Vermont jest zamek generała Wilsona. To jest miejsce okryte niesamowitą historią, w sumie nie jest aż tak daleko, myślę, że jakieś pół godziny jazdy z Killington. To jest pierwsze takie miejsce, pierwszy taki zamek, który faktycznie przypomina zamek Europejski. Dlaczego? Generalnie w Stanach Zjednoczonych nie było królów nigdy, nie było rodzin Królewskich. Raczej zamki wyszły z mody w czasach kiedy Ameryka się zaczynała budować. Jeśli istnieją, to są to budynki wybudowane przez pasjonatów albo przez ludzi, którzy byli nieziemsko bogaci i wyprowadzili się z Europy, przyjechali do Stanów Zjednoczonych i z tęsknoty za domem zdecydowali się wybudować właśnie takie zamki czy pałace.  Zamek generała Wilsona wybudowało małżeństwo w 1901 roku, czyli generalnie na początku 20 wieku. Mąż pochodził ze stanu Vermont, był lekarzem. Żona pochodziła z bardzo bogatej rodziny w Europie i w związku z tym trochę jej mąż postanowił wykorzystać bogactwo swojej żony i wpadł na pomysł wybudowania ogromnego zamku w Vermont. Zamek budowano przez kilka lat, najlepsze z tego jest to ,że bardzo dużo środków i materiałów sprowadzono z Europy jakby po pierwsze było mega drogie na tamte czasy, zresztą wcale teraz nie jest dużo tańsze. A po drugie sprawiło, że lokalne biznesy praktycznie nie miały żadnego zysku z tego zamku. Również sprowadzono siłę roboczą z Europy, Włosi odpowiedzialni byli za wykończenie domu w środku, czyli za przygotowanie malowideł ściennych fresków.


Tak naprawdę lokalni nienawidzili zamku. Przez wiele, wiele lat nienawidzili tego zamku. Natomiast historia  tego małżeństwa kończy się mniej więcej po sześciu latach mieszkania w zamku. Generalnie mąż zniknął, stwierdził, że on ma już dość. Rodzina odkryła ile pieniędzy wrzucili w ten zamek i uciekli przepływ pieniędzy, w związku z czym mąż stwierdził  „Okej ,to ja spadam” zostawiając swoją żonę i ich dziecko w zamku. Żona długo w tym zamku nie została, wkrótce również wyprowadziła się i zamieszkała ze swoim dzieckiem gdzieś indziej, zupełnie w innym stanie, w zupełnie innym miejscu. Zamek przez lata przechodził z ręki do ręki, tak naprawdę nie miał właścicieli takich długoterminowych przez długi czas aż któregoś razu pojawił się generał Willson. Generał Willson kupił zamek za bezcen. Mniej więcej ten zamek byłby wart 33000000 $ takich dzisiejszych dolarów, natomiast generał Willson kupił go za około 300000$. To łatwo policzyć jest  1% jego ceny. I zaczął bardzo dziwne jakieś rzeczy w tym zamku ogarniać. Generał Willson jest w ogóle bardzo ciekawą postacią, nawet Szukając informacji na jego temat w Internecie bardzo ciężko coś znaleźć, także większość rzeczy, których dowiedziałam się o samym generale to właśnie z wycieczki po zamku. Jest to bardzo taka ciekawa osobowość, człowiek, który ma w domu oprawione listy od prezydenta Stanów Zjednoczonych. Człowiek, który do swojego domu sprowadził krzesło, które dostał w prezencie od papieża i człowiek, który do swojego domu czy w swoim domu zatrudniał przez lata małych chłopców. Małych, 12-14-letnich chłopców, których ubierał w strój strażników straży papieskiej, czyli replika ich mundurów przygotowano specjalnie w Stanach Zjednoczonych w Vermont.  Tutaj dla niego, na jego życzenie, te takie pasiaste pomarańczowo niebieskie stroje i hełmy. Ponieważ bardzo mu się to podobało w czasie jego wizyty w Watykanie i stwierdził, że świetnie by to wyglądało, gdyby miał taki strażników w swoim własnym zamku. Sam w zamku nigdy nie mieszkał, odwiedzał go czasami, to była taka jego letnia rezydencja. Rodzina i w zasadzie przyjaciele rodziny wciąż zajmują się konserwacją budynku. Po latach… Praktycznie po 100 latach widać ogromne obciążenie i ogromne szkody, jakie po prostu czas wyrządził tej budowli. Mianowicie materiały, które były, które świetnie nadawały się do budowania w Europie, chociażby cegły sprowadzane z Wielkiej Brytanii, kompletnie nie nadają się do budowania w klimacie Vermont. Także w chwili obecnej rekonstrukcja zamku polega na tym, że powoli, cegła po cegłę wymienione są fundamenty i wymienione są ściany.


Wyjeżdżamy z Vermont i wjeżdżamy prosto do Nowego Jorku. Stan Nowy Jork jest ogromny, graniczy z Kanadą, na południu mamy oczywiście Nowy Jork (miasto Nowy Jork). Na północy przy samej granicy z Kanadą, pewnie jak wiele z was się domyśla są wodospady Niagara. Kiedy pierwszy raz odwiedziłam wodospady Niagara było to zimą, miałam okazję zobaczyć zamarzniętą wodę, zamarznięte wodospady. To było w ogóle niesamowite doświadczenie także polecam to odwiedzić. O samym Nowym Jorku (mieście) nie będę teraz dużo mówić, warto pamiętać, że stan Nowy Jork właśnie nie ogranicza się do Nowego Jorku, nie ogranicza się do wielkiego jabłka. I nawet jak jesteśmy w wielkim jabłku w Nowym Jorku, możemy pojechać jeszcze troszeczkę dalej na Long Island. Na samym końcu Long Island znajduje się latarnia morska Montauk, z której można podziwiać fantastyczne widoki na Ocean Atlantycki. Jest to w ogóle taka fajna odskocznia od samego miasta, od samego zgiełku miejskiego. 


Stanem, którego nie odwiedziłam na wschodzie Rhode Island, jest to bardzo niewielki stan, niedaleko Nowego Jorku, który graniczy z Connecticut. Także z Nowego Jorku nie wjeżdżamy do Rhode Island, ale jedziemy do Connecticut. Wstyd się trochę przyznać, bo od kiedy się przeprowadziłam do Stanów, przez długi czas myślałam, że Connecticut to jest po prostu miasto w stanie Nowy Jork, które jest troszeczkę przesunięte  na północ New York city. Tak nie jest, Connecticut jest po prostu bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo malutkim stanem. I moja opowieść o samym Connecticut nie jest aż taka kolorowa. Mianowicie kiedy dojechaliśmy, bo to również w czasie podróży motocyklowej w lipcu tego roku. Kiedy dojechaliśmy do motelu, w Connecticut w New London, zaparkowaliśmy nasze motocykle i każde z nas udało się do swoich pokojów. Po drodze zauważyliśmy, że drzwi do jednego pokoju otworzyły się, wychylił się z nich ziomek, taki trochę większy mężczyzna, złapał vespę, która była zaparkowaną dość blisko naszych motocykli i powoli wtoczył ją do środka. Byliśmy trochę zdziwieni, jeszcze nigdy w  życiu nie widziałam nikogo kto parkuje motocykl czy skuter w swoim własnym pokoju. Rzuciłam od razu żart, że może po prostu się pan zawstydzi, że zaparkował vespe a tutaj przyjechały prawdziwe motocykle. Natomiast zapytaliśmy mieszkańców New London dlaczego? O co chodzi? Odpowiedź jest mianowicie taka, że w Connecticut, a w szczególności w New London, jest bardzo wysoki odsetek przestępstw i skutery vespy, są bardzo szeroko używane przez dilerów narkotyków. W stanie Connecticut nie trzeba rejestrować skutera, tak więc nie ma zbyt łatwej drogi dotarcia do właściciela, kiedy znajdzie się pojazd. Powoduje to, że A: pojazdy są bardzo często kradzione, a druga sprawa jest taka, że właśnie dużo dilerów narkotykowych śmiga vespami. Dojeżdżają do swoich klientów, sprzedają narkotyki i wsiadają dalej. Kiedy policja zauważy takiego delikwenta i spróbuję go złapać, zwyczajnie w świecie typ może rzucić skuter, porzucić go razem ze wszystkimi narkotykami i ze wszystkim i sam ucieknie. Nie ma łatwej drogi dojścia i wykazanie, że to on właśnie ten skuter  prowadził. Także to jest taka typowa droga ucieczki dla dilerów narkotyków w Connecticut. Jeśli wybieracie się do Connecticut, proponuję nie jechać tam skuterem, duży motocykl jeszcze przejdzie, najlepiej samochodem, a tak naprawdę to może lepiej się tam w ogóle nie zatrzymywać.


Skoro już jeździmy po tamtej okolicy, wpadnijmy teraz do Massachusetts.  Stolicą Massachusetts jest oczywiście Boston. Jest to miejsce, można się zaśmiać, że wylęgarnia mądrali, bo w Bostonie jest kampus MIT i kampus Harvardu. Miasto samo w sobie nastawione jest bardzo na historię. Także przyjeżdżając tutaj, bardzo dużo atrakcji jest związanych właśnie z wydarzeniami historycznymi i z rewolucją amerykańska. To, co ja bardzo chciałabym polecić ,to muzeum bostońskiej herbatki. Jest to muzeum interaktywne, uwielbiam taki rodzaj atrakcji. W muzeum pracują aktorzy i oprowadzają wszystkich odwiedzających. Można samemu wrzucić pudło herbaty do wody ze statku, obejrzeć i wysłuchać inscenizacji całego wydarzenia. Każdy na samym początku wycieczki otrzymuje kartę postaci, są to faktyczne postacie historyczne, których imiona i cały opis znajduje się na karcie i możemy się po nie kąt wcielić w ich rolę. Bardzo mi się to podobało, było to trochę nowe doświadczenie, jeszcze nie byłam w muzeum, które w ten sposób podeszłoby do opowiadania historii i  bardzo polecam. Kolejną rzeczą, którą można zrobić w Bostonie jest wypłynięcie w poszukiwaniu wielorybów. Jest kilka miejsc w Stanach Zjednoczonych, w których można wieloryba oglądać, właśnie Boston jest jednym z nich. Wycieczki w poszukiwaniu wielorybów są jakby częścią New England Aquarium, płynie się na takim dużym, dużym promie. Są to wycieczki organizowane w ramach grup badawczych. Na promie są reprezentacje z grupy badawczej, którzy tak naprawdę są tam, żeby prowadzić swoje badania i notować które wieloryby widzieli, jak się zachowywały. Ale również, by opowiadać uczestnikom wycieczki o tym, co się dzieje i jakie zwierzęta mają oni okazję zobaczyć.


Wyjedzmy już z Massachusetts i udajmy się w stronę New Jersey. Żartów o New Jersey, od kiedy przyjechałam tutaj usłyszałam już a  pewnie sama powiedziałam również wiele. Od groma o tym, że w New Jersey śmierdzi, że w New Jersey to i tamto. Mam bardzo ambiwalentne odczucia w związku z tym konkretnym stanem,  przede wszystkim jest on bardzo niewielki, jednak za każdym razem, kiedy przez niego przejeżdżam, czy kiedy odwiedzam New Jersey mam wrażenie że on w ogóle się nie kończy. I jakby żeby poczuć w ogóle taki klimat i zrozumieć, o co chodzi we wszystkich żartach o New Jersey, proponuję udać się do Space Farm. Mianowicie jest to farma rodzin Space, gdzie znajduje się mini zoo, a także muzeum wszelkich różnorodności. I to właśnie to muzeum różnorodności jest miejscem, na którym warto się skupić i które jest niesamowicie ciekawe. Rodzina Space w czasach depresji, czyli mniej więcej w 1930 roku prowadziła stację benzynową i taki niewielki sklepik. No ale ludzie w czasach wielki depresji nie mieli za bardzo pieniędzy, w związku z czym, żeby być w stanie pokryć koszt benzyny czy jakichś drobnostek kupionych w sklepie, przynosili różne dziwne rzeczy pod zastaw, oczywiście z założeniem, że zostaną one później wykupione. Żadna z tych rzeczy nie została wykupiona. I tak rodzina Space weszła w posiadanie przedziwnych rzeczy. Na przykład lalek z początku XX wieku, które w dniu dzisiejszym raczej nie podbiłyby serc zbyt wielu dzieciaków. Rodzina Space wystawia również przedziwne embriony różnych zwierząt w formalinie, w słoikach. Można to obejrzeć jako część muzeum.


Jak już wspomniałam może New Jersey nie jest wcale aż takie wielkie ale strasznie długo się z niego wyjeżdża, ale wyjechaliśmy. Wyjechaliśmy i jesteśmy teraz w Delaware. Delaware to taki stan, o którym przede wszystkim wszyscy opowiadają, że nie ma w nim podatków. Także, jeśli przypadkiem zastanawiasz się, czy zastanawiacie się nad zakupem posiadłości w Stanach Zjednoczonych albo otworzeniem biznesu, to Delaware jest właśnie świetnym miejscem, żeby takie rzeczy zrobić. Nie ma w nim podatku od posiadłości, nie płaci się dodatkowych podatku od sprzedaży, nie ma vat-u, nie ma dodatkowych podatków od oprocentowania bankowego czy od sprzedaży swoich akcji. Czyli jeśli kupimy akcje i potem sprzedamy je za więcej to nie płacimy dodatkowego podatku od zysku.  Tak naprawdę większość rzeczy finansowana jest z kieszeni jednej rodziny. Jest to bardzo bogata rodzina, która zwyczajnie w świecie, z własnej kieszeni wykłada na utrzymanie całego stanu. I to, co ciekawe to w ogóle Delaware bardzo dużo jest domków takich ze starego budownictwa i każdy z nich ma taką drewnianą pięcioramienną gwiazdkę. Ta gwiazdka tak naprawdę można ją również powiązać z Pensylwanią i jakby stamtąd pochodzi. Natomiast za każdym razem jak przejeżdżałam przez okolice to chyba częściej widziałam ja w Delaware. Ta gwiazdka nazywa się Barnstar i jakby pierwotnie była zwyczajnie w świecie oznaczeniem budowniczego, który stawiał dany dom i była bardzo popularna właśnie w Pensylwanii i w miejscach, gdzie mówiono przede wszystkim po niemiecku.


Delaware jest już naprawdę bardzo niewielkim stanem, także szybko z Delaware wyjeżdżamy i jedziemy prosto do Pensylwanii. W Pensylwanii mamy kilka punktów do odwiedzenia: możemy wpaść do Philadelphii, osobiście preferuje Pittsburg i oczywiście muzeum Andego Warhola. W Pittsburgu też dowiedziałam się w czasie swojej wizyty tam, że maskotką jednej z drużyn footballowych w Pittsburgu jest Pieróg. Była to bardzo dziwna historia, a mianowicie szłam sobie na takim wzgórzu Waszyngtona w Pittsburgu robiąc zdjęcia panoramy miasta. Kiedy przechodziłam z aparatem, już kierowałam się swobodnie  w stronę hotelu, żeby odebrać swój bagaż i pojechać na lotnisko, podszedł do mnie pewien mężczyzna, który ubrany był właśnie w strój fana footballu. Miał koszulkę jakiejś drużyny na sobie, bo tam tego dnia był również mecz i zagadał do mnie. Spytał się skąd jestem i kiedy usłyszał, że jestem z Polski pierwsze co przyszło mu do głowy to pierogi. Powiedział mi właśnie o tym, że drużyna footballową ma maskotkę w kształcie pieroga i że często w przerwie meczów organizują wyścigi pierogów. Ludzie zwyczajnie w świecie przebierają się za pierogi z różnych stron świata, niekoniecznie polskie. I z wielkim zainteresowaniem zaczął mnie pytać o moje ulubione pierogi. Kiedy powiedziałam mu, że moje ulubione pierogi to wcale nie są z mięsem czy z ziemniakami, tylko ja preferuję pierogi z jagodami i ze śmietaną, spojrzał się na mnie  swoimi wielkimi oczami i powiedział „Nigdy nie słyszałem o takich pierogach! Musisz koniecznie przyjechać do Pittsurga i rozkręcić swój pierogowy biznes! Musisz rozkręcić restauracje i sprzedawać pierogi, bo jestem pewny, że wszyscy chcieliby kupić i spróbować pierogów z jagodami”. Pensylwania to też jest taki specjalny stan, bo stąd wywodzą się dwie firmy. Pierwszą z nich jest Wawa, jest to stacja benzynowa i sklepik. Jest to cała sieć, która jest bardzo popularna na wschodnim wybrzeżu, ale właśnie firma została założona w 1803 roku w Pensylwanii. Zaczęło się od tego, że było to Wawa Dairy Farm, czyli przede wszystkim sprzedaż mleka i produktów mlecznych no, a w dzisiejszych czasach to jest już po prostu taka w pełni wyposażona stacja benzynowa. Dla mnie, z mojego punktu widzenia jest to tylko stacja benzynowa. Jak się okazuje dla mieszkańców wschodniego wybrzeża, którzy nie pochodzą z wielkich miast, Wawa jest tak naprawdę centrum wszechświata dla nastolatków. Kolega, który wychowywał się w New Jersey opowiadał o tym jak to na parkingu Wawa spotykali się ze znajomymi albo umawiali się i chodzili na shaki z Wawa. Nie powiem, że polecam, ale jest to na pewno punkt do odwiedzenia w czasie jakiegokolwiek road tripu po wschodnim wybrzeżu. Kolejna firma, o której warto wspomnieć to Hershey’s,  może kojarzycie są takie czekoladowe cukierki produkowane właśnie w Stanach. Firma została założona w Pensylwanii w 1886 roku, ale właśnie w 1900 połączono karmel, połączono kakao i powstały słynne czekoladki. Właśnie Hershey’s sprawiło, że produkty czekoladowe były bardziej dostępne dla „zwykłych śmiertelników” w Stanach, bo wiadomo, 100 lat temu czekolada była jeszcze bardzo drogim produktem i nie tak bardzo popularnym. Rodzina Hershey poza fabryka czekolady weszła w posiadanie wielu innych sklepów, wielu innych firm i wytwórni i jeżdżących po Pensylwanii można zobaczyć w wielu różnych miejscach nazwisko Hershey przy przeróżnych biznesach, nie tylko właśnie czekoladowych, ale będzie to na przykład kowal.


Kolejnym stanem w naszej podróży jest Maryland. Niewielki stan na wschodnim wybrzeżu, miejsce, do którego wiele osób przyjeżdża na weekend. Są tu piękne plaże, jest Ocean City taki kurort wakacyjny. Ale to, co jest naprawdę ciekawym miejscem do odwiedzenia to park narodowy Assateague. Jest to niewielkich rozmiarów, bardzo wąska, ale za to długa wyspa, z jednej strony już mamy Ocean Atlantycki od zachodniej strony wyspy jest po prostu taka zatoka. Prowadzi na nią bardzo ciekawy most i na tej wyspie żyją dzikie konie. Można tak się zastanowić co robią dzikie konie w Maryland? O co z nimi chodzi?  Konie które żyją na wyspie Assateague to tak naprawdę są potomkowie koni które na początku XX wieku były sprowadzone w tamte okolice jako zwyczajnie udomowione zwierzęta. Planowana rozbudowa miejska w tamtej okolicy się nie przyjęła i zwierzęta zostały porzucone. Od tego czasu żyją sobie same na wyspie Assateague, staż w parku narodowym dba o to, żeby zwierzęta też nie rozmnażały się zbytnio i kontrolują kopulacje koni. W czasie kiedy jest odpływ zwierzęta mogą przejść swobodnie na inną wyspę która znajduje się już Virgini i tam są wyłapywane. Te które zostaną złapane w Virginii zostają właśnie sprzedane i zyski ze sprzedaży dzikich koni finansują rozwój straży pożarnej właśnie w Maryland, w Virgini i w okolicy Parku Narodowego.  Ponadto w Assateague National Park żyją również inne zwierzęta, nie tylko konie, ale właśnie dla koni tyle odwiedza ten park. Jest to również miejsce gdzie można spokojnie przyjechać i spędzić urlop czy weekend nad oceanem, bo jest tutaj dużo plaż i również ruchome wydmy.


Kolejnym stanem, do którego pojedziemy będzie Virginia. W Virginii warto odwiedzić Mount Vernon, jest to posiadłość, w której niegdyś mieszkał George Washington jeden z ojców założycieli i pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych. Posiadłość jest ogromna, jest bardzo, bardzo rozległa. Można obejrzeć zarówno dom, jak i ogród, jak i wszelkie mniejsze budynki. A co ciekawe George Washington miał słabość do dzikich zwierząt i w pewnym momencie sprowadził do swojej posiadłości wielbłąda. I tak naprawdę od tamtego czasu w Mount Veron cały czas przebywa wielbłąd, oczywiście teraz jest to już inny wielbłąd. Obecny zwierzak jest również gwiazdą internetów: parę lat temu wystąpił w reklamie Geico, to jest firma ubezpieczeniowa.


Powoli będziemy wyjeżdżać z Virginii. Zahaczymy jeszcze o Shenandoah National Park, w którym znowu będzie można przejechać się fantastyczną krętą drogą. A stamtąd szybko wyjeżdżamy na Blue Ridge Parkway, przez którą dojedziemy już do Karoliny Północnej. Blue Ridge Parkway to trasa, na którą najlepiej poświęcić sobie kilka dni, jest piękna, są fantastyczne widoki. Przejeżdża się przez góry, znowu jest to kręta droga, świetna dla motocyklistów. Można tam spędzić nawet kilka dni przejeżdżając drobniejszymi uliczkami czy drogami, czy wychodząc i zatrzymując się na dłużej, żeby po prostu odpocząć, bo życie tam jest zdecydowanie wolniejsze niż w miejsce. Ale to na co warto zwrócić uwagę to język. Wspomniany już szlak Appalachów właśnie mniej więcej w tych okolicach w Karolinie Północnej niemalże dobiega końca i na Blue Ridge Parkway można spotkać wiele osób, które mówi w języku Appalachów. Język Appalachów to jest taki osobny dialekt z angielskiego, tu są ludzie, którzy mówią w języku Appalachów używając słów i sformułowań, które pochodzą z języka angielskiego, ale mają również swój własny akcent, swój własny sposób mówienia i swoje własne słowa, które dla osoby, która nie zna tego, nie ma kontekstu są zupełnie niezrozumiałe. I tak na Blue Ridge Parkway zatrzymałam się jadąc swoim motocyklem, robiłam zdjęcia i w tym momencie podjechał inny motocyklista. Był to Starszy mężczyzna, który zaczął opowiadać swoją historię mianowicie szukał paliwa na stacji benzynowej przez ostatnie 40 minut i zatrzymał się, żeby powiedzieć mi o tym, żebym zwróciła uwagę na to ile mam jeszcze paliwa w swoim banku, bo mogę mieć problem ze znalezieniem stacji, ponieważ w którymś tam miejscu był korek. Dogadanie się z tym facetem było cholernie trudne pytałam się go chyba z pięć razy co powiedział. Mężczyzna w żaden sposób nie robił sobie z tego problemu, powtarzał dokładnie tymi samymi słowami, dokładnie w tym samym tempie cały czas to samo aż chyba za piątym razem ogarnęłam co do mnie mówił. Jak zrozumiałam ucieszył się i zaczął opowiadać swoją historię dalej, swoje wrażenia, swoje ulubione miejsca na Blue Ridge Parkway. Wszystko oczywiście musiał powtarzać 5 razy, ale zwyczajnie nie przejmując się tym, że nie jestem w stanie pojąć co do mnie mówi.


Nie dotarłam nigdy do Karoliny Południowej i tak więc ze wszystkich wschodnich stanów nie byłam w dwóch: nie byłam w Rhode Island i nie byłam w Karolinie Południowej. Także bezpośrednio z Karoliny Północnej  zjeżdżając z Blue Ridge Parkway wjeżdżamy do Georgii. W Georgii nie zatrzymam się na długo. Drogi, choć przyjemne do jazdy przemierzają przez niemalże puste miasteczka. Na werandach mieszkańcy z zainteresowaniem obserwują każde auto, raczej nie mają zbyt wiele do roboty. Stolicą Georgii jest Atlanta, jest to najbardziej zaludnione miasto tego stanu i tam w 1996 roku odbyła się olimpiada- Igrzyska Olimpijskie. Warto więcej wpaść do parku olimpijskiego, który upamiętnia to wydarzenie, tam na środku znajduje się taka ogromna fontanna, są flagi krajów, które wzięły udział w Igrzyskach Olimpijskich w 96 roku i tak dalej. Kolejnym miejscem, do którego po prostu warto wpaść jest muzeum Coca-Coli.


Z Georgii przejeżdżamy na Florydę i jest to już ostatni przystanek w czasie naszej wycieczki. Przy okazji Florydy chciałabym o Disney World w Orlando. Jako fanka bajek Disneya zawsze pragnęłam, to było takim moim marzeniem jako małej dziewczynki, żeby pojechać sobie do Disneylandu. Nawet nigdy jeszcze wcześniej nie byłam i to był pierwszy moment, kiedy dotarło do mnie, od kiedy przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, jak bardzo dzieci w Ameryce są rozpuszczone. Amerykanie bardzo często wybierają Florydę jako cel ich świątecznych wyjazdów, wiele osób właśnie na Florydzie ma swoje zimowe rezydencje, do których przyjeżdżają na święta, na gwiazdkę, by wspólnie spędzić ten czas właśnie w Disney Worldzie. Także trzeba uważać po pierwsze, że wysoki sezon w Disney Worldzie w Orlando to jest grudzień, wtedy pogoda jest też całkiem znośna na Florydzie. A Disney World sam w sobie jest po prostu niesamowitym miejscem, do którego warto pojechać i dać rozbudzić w sobie to wewnętrzne dziecko. Stamtąd najlepiej udać się do najbardziej na południe wysuniętego punktu w Stanach Zjednoczonych, przynajmniej w kontynentalnych Stanach Zjednoczonych mianowicie Key West. I Key West jest dla mnie bardzo ważnym miejscem, bo to właśnie tam pierwszy raz widziałam na żywo delfiny w takim naturalnym środowisku. Płynęliśmy taką niewielką motorówką i delfiny pojawiły się tuż obok nas  i tak naprawdę były bardzo ciekawskie i chętne do tego, żeby płynąc razem z nami równoległe z łódką. To również tam pierwszy raz snorklowałam i było to dla mnie niesamowite doświadczenie. Także Key West to dla mnie po prostu miejsce pierwszych razów.


I tak nasza podróż przez wschodnie Stany Zjednoczone dobiegła końca. Przejechaliśmy wspólnie 14 stanów, pominęliśmy tylko Rhode Island i Karolina Południową. Mam nadzieję, że odcinek ten rozbudził w was trochę ciekawość wschodniego wybrzeża i zachęcam do odwiedzenia bloga Cieplikpodrózuje.pl, bo znajduje się tam znacznie więcej bardziej szczegółowych informacji o odwiedzanych, polecanych przeze mnie miejscach. Dzięki za dzisiejszą jazdę i do usłyszenia w następnym odcinku podcastów. Cześć!

Przydatne linki

Dodaj komentarz

avatar

Ta witryna używa ciasteczek. Pozostając na stronie zgadzasz się na ich użycie. OK! Polityka prywatności

Cieplik podróżuje

Po Bostonie

Przewodnik po Bostonie autorstwa Agaty Cieplik