New Jersey w Nowym Jorku to mem. Żarty na ten temat słyszałam przez ostatni rok niesamowicie często. I o tym, jak wspaniały to stan – również. Zwłaszcza jeśli chodzi o bogactwo kulturowe – to w końcu z New Jersey wywodzą się takie gwiazdy jak Bruce Springsteen czy Whitney Houston. Polecam Ci zatem posłuchać w tle piosenki Bruce’a “Atlantic City” czytając ten tekst. Wsłuchując się w słowa piosenki wprowadzisz się w odpowiedni stan umysłu, a to na pewno przyda Ci się teraz – gdy zabieram Cię na wyprawę do Space Farms – najdziwaczniejszego muzeum, w jakim dotąd byłam, idealnej miejscówki na rodzinny jednodniowy wypad z Nowego Jorku. Albo i nie.


Historia rodziny Space, czyli jak powstało muzeum i zoo

Ralph Space wraz z żoną Elizabeth, choć wychowani na farmach, sami postanowili zająć się sprzedażą. Elizabeth prowadziła niewielki sklep, a Ralph założył własną stację paliw i serwis samochodowy. Żeby dorobić, trudnił się też polowaniem na grasujące w okolilcy drapieżniki, które (szczególnie w okresie wiosennym, kiedy trzeba było wykarmić młode) siały spustoszenie w okolicznych farmach. Jednak, zamiast zabijać zwierzęta, Ralph wybudował niewielką zagrodę, gdzie zdecydował się przetrzymać zwierzęta do jesieni. Dzięki błaganiom dzieci, zwierzęta zostały w rodzinie dłużej, a na wiosnę pojawiły się ich pierwsze młode.

Ludzie z okolicy odwiedzając sklep czy stację paliw kupowali drobnostki, by móc potem przyjrzeć się dzikim zwierzętom. I tak – choć zupełnie nieplanowany – zrodził się pomysł założenia Space Farms ZOO.

Był początek lat 30 XX wieku, a w Stany Zjednoczone dopadł wielki kryzys gospodarczy. Klienci sklepu, w zamian za zakupy, oferowali cokolwiek mieli – lalki, samochody, powozy, broń… Plan był taki, żeby wszystkie te rzeczy wykupić, kiedy tylko nadejdą lepsze czasy. Jednak, gdy coraz więcej osób zatrzymywało się by obejrzeć kolekcję różnorodności na farmie państwa Space, przyjrzeć się dzikim zwierzątom, a przy okazji zrobić drobne zakupy… Plan uległ zmianie i tak zrodziło się Space Farms ZOO & Musuem.

Eksploracja nieodkrytego – czyli jedziemy do New Jersey!

9:00 rano, pada i zimno. Ja i moi znajomi jesteśmy jednak zdeterminowani. Kolega z grupy opowiadał nam o Space Farms przez co najmniej kilka ostatnich miesięcy. Wiedziałam tyle, że to wielkie muzeum, zbiorowisko rozmaitości; miejsce, do którego wysyła się szkolne wycieczki; gdzie dzieci mogą karmić jelonki, a potem oglądać skremowane penisy. Muzeum urosło przez ten czas w naszych oczach do rangi mema, czy też legendy…

-Tato, zgadnij co robię. Jadę właśnie z grupą znajomych do Space Farms. – “HAHAHAHAHA” w słuchawce. Rodzina mojego kolegi nie mogła uwierzyć, że przekonał on 8 osób na tę wycieczkę.

Wsiadamy do wielkiego auta, które pieszczotliwie nazwaliśmy szkolnym busem, i udajemy się w niebezpieczną podróż – odkrywać nieznane nam dotąd oblicze New Jersey! 🙂

Space Farms ZOO & Museum znajduje się około 1.5 godziny drogi samochodem z Nowego Jorku (Manhattan). Dojechaliśmy i od pierwszej chwili po opuszczeniu auta wiedzieliśmy, że nie będziemy zawiedzeni, że to miejsce spełni nasze oczekiwania bycia najdziwniejszym muzeum, jakie przyjdzie nam odwiedzić.

A na przeciwko wejścia do Space Farms znajduje się budynek rzeźnika…

 

Space Farms ZOO & Museum

Zaraz przy wejściu do Space Farms naszym oczom ukazuje się ściana wypchanych zwierząt, na czele z Goliatem – niegdyś największym niedźwiedziem na świecie. Goliat spędził swoje ostatnie lata w Space Farms ZOO. Po swojej śmierci wciąż tu przebywa…

W pierwszej części znajdujemy wszystko – od najdziwniejszych lalek i innych zabawek, przez czaszki małych zwierząt (np. bobry, których zły zgryz sprawiał, że ich zęby nie przestawały rosnąć, prowadząc do śmierci), embriony w słoikach, stare naczynia i czajniki, pułapki na myszy czy stare aparaty fotograficzne.
W kolejnym korytarzu znajdujemy przepiękne stare pistolety i karabiny, a także stare lekarstwa czy apteczki. A to dopiero początek naszej drogi…

ZOO – nie bez powodu – zostało niegdyś okrzyknięte najgorszym ZOO w Stanach Zjednoczonych. Zwierzęta trzymane są w bardzo małych wybiegach, zestresowane chodzą wkoło po betonie lub wyniszczonej trawie. Niektóre jelonki trzymane w zagrodzie wkrótce zostaną podane jako pokarm dla lwów i tygrysów…

Smutny niedźwiedź spogląda na nas zza krat. A tuż obok znak informujący o tym, że niedźwiedzie i lisy są ze są kompatybilne i dlatego mogą swobodnie mieszkać w jednej zagrodzie.

W dalszej części farmy znajduje się muzeum starych samochodów i motocykli, a nawet łodzi podwodnych wybudowanych w ramach konkursu; zabawki, czy dawne sprzęty domowe wystawione są w kolejnych budynkach.

Jak oceniam Space Farms?

Jest to bardzo dziwne miejsce. Szczerze mówiąc, nie mogę uwierzyć, że obrońcy praw zwierząt nie zajęli się jeszcze tym ZOO. Zwierzęta nie są w najlepszej kondycji, a warunki, w których żyją na pewno się do tego przyczyniają.

Część muzealna, natomiast, jest pełna rozmaitości, których nie spodziewałabym się zobaczyć zebranych w jednym miejscu. Obecnie muzeum to rodzinny biznes Space’ów, ale ktoś przez lata te wszystkie rzeczy zbierał i trzymał na farmie…

Osobiście byłam zawiedziona stanem samochodów i motocykli – odwiedziłam w swoim życiu już wiele muzeów automobili i jeszcze nigdy nie widziałam aut w tak złym stanie.

Wszystko, co można zobaczyć zebrane w tym jednym miejscu spełnia jednak wszelkie oczekiwania jakie mieliiśmy wobec stanu New Jersey – miejscowe dzieciaki po szkole spędzają czas na parkingu stacji paliw Wawa, a najlepsza knajpa w okolicy to Jefferson Diner (swoją drogą, to miejsce akurat polecam!), w której wieczorami zbiera się okoliczna młodzież. Jeszcze nigdy nie byłam w miejscu, w którym ktoś jako lokalną atrakcję przedstawił mi stację benzynową…


Podsumowując tę wycieczkę, wszystko, co tego dnia widziałam, wyjaśnia, dlaczego większość piosenek na temat Jersey brzmi szaro, smutno i mówi o tym, żeby stąd jak najszybciej wyjechać…

Kategorie: New Jersey

Cieplik

Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.