Pokaz fajerwerków z okazji 4 lipca, Nowy Orlean

PODKAST #06: Zielona karta EB3 – jak to u mnie było?

przez Cieplik
0 komentarz

PODKAST #06: Zielona karta EB3 – jak to u mnie było?
Podróże, emigracja, Stany Zjednoc...

 
 
00:00 / 24:23
 
1X
 

Dzisiejszy odcinek podkastu różni się nieco od innych, gdyż tym razem nie jest to wywiad! Tym razem ja opowiadam swoją krótką historię – jak dostałam zieloną kartę. Będzie trochę o samym procesie, przemycam kilka ciekawostek związanych z zieloną kartą i dzielę się swoim doświadczeniem z amerykańskimi urzędnikami!


W tym odcinku dowiesz się:

  • o tym, ile czasu trwało ubiegani się o zieloną kartę w kategorii EB3
  • dla kogo jest kategoria EB3 i jakie dokumenty były ode mnie wymagane
  • kto składa dokumenty i jak mniej więcej wygląda proces
  • jak wygląda interview o zieloną kartę
  • co to jest karta EAD/AP i do czego służy

Ponadto przytoczę parę żartów urzędnika, który prowadził moją rozmowę w sprawie zielonej karty. Są całkiem śmieszne.

Otwórz transkrypt

To jest podkast „Cieplik Podróżuje”: audycja o podróżach emigracji i Stanach Zjednoczonych.

Odcinek 6.

W dzisiejszym odcinku tym razem ja opowiem o zielonej karcie i o tym, jak wyglądał mój własny proces otrzymania zielonej karty w Stanach Zjednoczonych.

Cześć! Miło mi powitać was w szóstym odcinku podkastu „Cieplik Podróżuje”. Ja nazywam się Agata Cieplik i dzisiaj wyjątkowo bez żadnych gości. Opowiem wam natomiast o zielonej karcie i całym procesie, od rozpoczęcia aplikacji aż po ostatni etap, czyli otrzymanie samej karty i o tym, co dalej. Zapraszam.


W listopadzie 2016 roku przeprowadziłam się do Stanów Zjednoczonych, do Nowego Jorku dokładnie (i tutaj cały czas mieszkam). Przeprowadziłam się do pracy w ramach wizy H1B. Cały ten proces mam w ogóle opisany w osobnym poście na blogu. Był to dosyć długotrwały, przynajmniej w tamtym okresie tak sądziłam, proces, ponieważ od aplikacji, w zasadzie od otrzymania oferty od pracodawcy do wyjazdu minął prawie rok. Natomiast w marcu 2017 roku zaczęłam pierwsze rozmowy z moim pracodawcą a w zasadzie z oddziałem zajmującym się imigracją, na temat sponsoringu zielonej karty. Jest w zasadzie kilka rodzajów zielonej karty, ale te główne, które warto wyróżnić to na pewno: pracownicza, czyli w jakiś tam sposób związana z pracą, pracodawcą, umiejętnościami. Taka rodzinna, czyli dla dzieci czy rodzeństwa, czy nawet małżonków osób posiadających Zieloną Kartę bądź obywateli Stanów Zjednoczonych, w zasadzie to są takie główne wyznaczniki. Ja ubiegałam się o zieloną kartę z kategorii EB3. To się nazywa trzecia preferencja pracownicza i w ramach tej kategorii do puli wpadają wykwalifikowani pracownicy i jacyś profesjonaliści. Rocznie wydawanych jest około 40000 wiz tej kategorii.

Jak wyglądał taki proces?

Jak wyglądało ubieganie się o tą zieloną kartę? Ponieważ jest to wiza dla pracowników wykwalifikowanych czy profesjonalistów, to nie ja ubiegam się o Zieloną Kartę, nie ja składam dokumenty, tylko tak naprawdę to pracodawca składa w moim imieniu taką petycję pracowniczą i ona jest następnie potem przetwarzana. Ale żeby wystąpić w ogóle o coś takiego, to najpierw musiałam przygotować bardzo dużo papierów. W pierwszej kolejności prawnicy zajmujący się sprawami imigracyjnymi w mojej firmie zapytali mnie o moje wcześniejsze doświadczenie. Kilkakrotnie musiałam potwierdzić swoje umiejętności, a także dostarczyć listy polecające czy referencje od poprzednich pracodawców. Na tej podstawie prawnicy konsultują się z pracodawcą i musi powstać taka oferta pracy. Do tego to ogłoszenie musi zostać umieszczone przez ileś gazet. Jest chyba z 10 różnych gazet, które muszą wystawić ogłoszenie o pracę w danej firmie. Generalnie chodzi o to, że na sam koniec pracodawca pokazuje: „No musimy zatrudnić osobę z zagranicy, bo nikt się nie zgłosił wśród obywateli amerykańskich na to stanowisko. No i w związku z tym, potrzebujemy wykwalifikowanych pracowników z zagranicy”. Co się trochę sprowadza też do tego, że tak naprawdę ogłoszenie o pracę, które było umieszczone w ramach tego całego procesu, no to jest trochę tak jakby dopasowane do mojego doświadczenia, do moich umiejętności. A wszystko się też musiało zgadzać co do joty, więc jak na jednym z listów referencyjnych podana była nazwa bazy danych taka skrócona, natomiast w ogłoszeniu ta nazwa była pełna, prawnicy odesłali do mnie ten list referencyjny i prosili o ponowne jego wypełnienie, żeby wszystkie słowa się zgadzały, bo na przykład uznali, że Wikipedia nie jest dostatecznym źródłem. Potwierdzając to, skrócona nazwa to jest dokładnie ta sama rzecz. Także było trochę śmiechów i cały ten początkowy proces trwał kilka miesięcy. Najpierw trzeba było przygotować wszystkie jakieś dokumenty pierwsze, ja musiałam dostarczy sporo papierów od siebie. Też trochę przyznam się, że nie spieszyłam się aż tak bardzo z pisaniem do poprzednich pracodawców z Polski, żeby potwierdzać moje referencje. No i jak już zebrałam te wszystkie dokumenty i dostarczyłam je prawnikom, to ogłoszenie zostało umieszczone i ten etap trwał około miesiąca. To ogłoszenie musi wisieć przez miesiąc, następnie trzeba odczekać tak jakby kolejne 3 miesiące, no na wypadek spływających kandydatur na to miejsce pracy i tak dalej i dalej. Po tym czasie, w moim wypadku to już był wow, to już jesteśmy w 2018 roku. Po tym czasie pracodawca może wysłać ten formularz I140, czyli właśnie tę taką petycję pracowniczą, na której te wszystkie rzeczy są już wykazane. Tam ma być z załączona dodatkowa dokumentacja, na przykład mój dyplom ukończenia studiów, dokumenty poświadczające obywatelstwo czy to, że na przykład gdzie się urodziłam i tak dalej, cała ta seria dokumentów jest wysyłana razem. Razem dodatkowo z tym jest też wysyłany taki formularz, to się nazywa „Employment Authorization Document”, czyli w skrócie EAD i „Advance Parole” w skrócie AP. To są takie dwa dokumenty, które już jak się jest w trakcie ubiegania o Zieloną Kartę mogą służyć jako poświadczenie ,że ma się pozwolenie na pracę i wyjazd do Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli nie ma się wizy. Ja na szczęście miałam jeszcze ważną wizę H1B, dlatego za każdym razem, kiedy wiedziałam, czy wyjeżdżam do Stanów, wjeżdżałam ponownie do Stanów Zjednoczonych, nie musiałam z tego korzystać. Z tego, co wiem, to wjazd do Stanów przy użyciu właśnie tej karty EAD jest troszkę utrudniony. W sensie można dostać więcej pytań, można zostać zaproszonym na dodatkowe przesłuchanie – czyli taką dodatkową rozmowę z oficerem. Dlatego dla mnie, to było po prostu wygodniejsze jeździć z wizją H1B. Ale w wypadku, gdybym takiej wizy nie miała, gdyby skończyła się jej ważność, mogłabym spokojnie z takiego dokumentu korzystać. I ten dokument ja otrzymałam w sierpniu 2018 roku. Najpierw zostałam zaproszona na takie interview do lokalnego biura i tam wykonano fotografię i pobrano moje odciski palców, a także sprawdzono jeszcze dodatkowe dokumenty. Tego wszystkiego była w ogóle masa, także bardzo się ucieszyłam, że udało się to w zasadzie tak szybko ogarnąć. Bo cztery czy pięć dni po tym, jak byłam na tym spotkaniu z odciskami palców, karta już przyszła do mnie pocztą. Więc było to takim potwierdzeniem, że moja aplikacja faktycznie idzie trochę do przodu.


Składając tę petycję pracowniczą po raz pierwszy, dostaje się też taką, tak zwany „Priority Date”. Ten Priority Date to jest miesiąc i rok, w którym złożono pierwotne dokumenty, pierwsze dokumenty w całym tym procesie. Ta data jest ważna, bo później można estymować jak szybko nasza aplikacja zostanie rozpatrzona, ponieważ na stronie rządowej jest taka tabelka, gdzie można sobie zobaczyć, że na kategorii EB3 aktualnie sprawdzane, czy przetwarzane są dokumenty z „Priority Date” jakimś tam. No i widać wtedy też jak bardzo do tyłu są. Bo to z reguły jest data tak dwa lata wcześniejsza. No i tak po kolei sobie można sprawdzać, tak raz w miesiącu czy przesunęło się to do przodu i kiedy wreszcie będzie nasza kolej. Ja przyznam szczerze sprawdzałam dosyć często, w zasadzie nie wiem po co, bo tak naprawdę ta informacja niczego mi nie daje. Natomiast już na początku 2019 roku trochę się poddałam, stwierdziłam: „Będzie co będzie, kiedy przyjdzie ta zielona karta, kiedy się zakończy ten proces wtedy się zakończy”. I sprawdzanie tego w sieci w zasadzie nic mi nie da, bo to nie jest tak, że można sprawdzić, czy ktokolwiek w ogóle zerknął na moją aplikację już, tylko to jest takie szacowanie „Ile jeszcze będę czekać w kolejce?”. Z takich ciekawostek w ogóle to te kolejki są też per kraj. To znaczy, że dokumenty składane w imieniu Polaków są w innej kolejce niż dokumenty składane imieniu Chińczyków czy Hindusów. I właśnie z tych dwóch krajów kolejka jest najdłuższa. Mówi się, że taki szacowany maksymalny czas oczekiwania na zieloną kartę w przypadku Hindusów to jest w ogóle 150 lat właśnie tej kategorii EB3, bądź w podobnej kategorii EB2, która również jest dla wykwalifikowanych pracowników. Także 2 lata oczekiwania w wypadku Polski to bardzo dobry czas.


Na początku 2019 roku dostałam kolejny list z informacją, że to już ten czas, że ktoś wreszcie położył łapkę na moich dokumentach. Są one właśnie czytane, sprawdzane i wkrótce dostanę więcej informacji. W kolejnym liście dostałam informację o brakujących rzeczach, bo wraz z moją aplikacją nie wysyłaliśmy wszystkich koniecznych dokumentów do otrzymania zielonej karty, głównie dlatego ,że też nie wiedzieliśmy jak długo będzie w tej kolejce, że tak powiem czekać. Niektóre z tych dokumentów mają termin ważności. Takim dokumentem z terminem ważności są badania medyczne. Badania są ważne albo przez pół roku albo przez jeden rok, dlatego no nie warto robić ich dużo wcześniej wiedząc ,że na przykład twoja aplikacja może leżeć i czekać na swoją kolej przez kolejne 2 lata, bo wtedy i tak, i tak trzeba te badania jeszcze powtórzyć. Badania wykonuje specjalny lekarz, który ma specjalnie do tego uprawnienia. Musi potwierdzić tylko tyle, że jest się zdrowym i potwierdzić też wszystkie szczepienia. Dlatego też ja musiałam trochę niektórych szczepień uzupełnić. Całą taką dokumentację, to w ogóle ze 20 stron papierów, musi następnie podpisać lekarz, ja musiałam też taką dokumentację medyczną podpisać. Jest ona przez lekarza wsadzana do takiej specjalnej zalakowanej koperty z pieczątkami i nie można jej w ogóle otworzyć, bo trzeba tę kopertę zachować i trzymać, i dopiero może ją otworzyć urzędnik w czasie interview. Więc ja właśnie miałam te badania wykonane już na samym końcu, tuż przed nadchodzącym interview, tak zwanym „Green Card Interview”.

Razem z dokumentami musiałam jeszcze przynieść ze sobą mój akt urodzenia i moje zdjęcia (takie paszportowe), a przynajmniej to powiedzieli mi prawnicy. Natomiast okazało się, że tak naprawdę żadna z tych rzeczy nie była potrzebna. Co natomiast było potrzebne to potwierdzenie wypłaty od mojego pracodawcy, czyli trzy ostatnie – kiedyś nazywało się to w Polsce paskami po prostu takie wydruki, że dostałam wypłatę – i też list od pracodawcy tak zwany „Verification of Employment Letter”, który potwierdza, że ja faktycznie pracuję, gdzie pracuję, ile zarabiam i że jest to prawda, że jestem tu zatrudniona, że jestem zatrudniona od samego początku i tak dalej. I te wszystkie dokumenty, czyli tę dokumentację medyczną, potwierdzenia zatrudnienia, zdjęcia paszportowe, to wszystko zabrałam ze sobą na Green Card Interview. To w zasadzie był cały proces i na Green Card Interview wszystko się skończyło. Trochę miałam stres, muszę przyznać, nawet ubrałam się ładnie, założyłam obcasy tak bardzo chciałam dobrze wypaść. Natomiast muszę przyznać ,że urzędy amerykańskie to znaczy, urzędy na całym świecie są wszystkie takie same, więc jest w nich po prostu burdel. Właśnie w tym urzędzie w Nowym Jorku wchodzę do budynku, zgłaszam się, pobieram numerek i czekam na swoją kolej. Natomiast moja kolej nie przychodzi. Moje spotkanie miało być na 12:30 I tak siedziałam troszkę, jak taki jelonek przez kolejne jeszcze 34 minuty, aż w końcu trochę po 13:00 zostałam wywołana. Zabrano mi wszystkie dokumenty, zamknięto mi drzwi przed nosem i była trochę panika. Ludzie zaczęli latać z moimi papierami nie widzieć co się dzieje. Aż w końcu przyszedł taki urzędnik, który przeprowadzał moje interview. Powiedział, że, no „Zapraszam”. Wchodzimy, no i że przeprasza bardzo, ale moje dokumenty zostały pomieszane, wpadły nie w tą dziurkę co trzeba i w systemie widniałam jako osoba ubiegająca się o obywatelstwo, a ja tutaj przyszłam tylko po zieloną kartę. W związku, z czym mieli mały burdel i przez pierwsze 15 minut po prostu siedziałam u niego w biurze i on sobie coś tam klikał na komputerze.


Wcześniej przed tym interview miałam taką przygotowawczą rozmowę z prawnikiem, więc mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać, dlatego w zasadzie, kiedy tylko zaczęliśmy, urzędnik wystrzelił we mnie pytaniami. Bardzo szybko pytał o rzeczy, w zasadzie podobne rzeczy, które wypełnia się przy normalnej aplikacji wizowej, czyli, czy nie przyjechałam do Stanów Zjednoczonych jako terrorysta, czy nie zamierzam pracować jako prostytutka, czy nie mam żadnych zobowiązań z ISIS i wszelkie tego typu pytania. Na wszystko w zasadzie odpowiedziałam; że nie, nie, nie, nie, nie. Na koniec jeszcze urzędnik zapytał, czy rozumiem, czy jestem pewna i czy potwierdzam, że wszystko to, co powiedziałam jest zgodne z prawdą. I to był w zasadzie koniec takiego formalnego interview. Było to dla mnie zaskoczeniem, bo w zasadzie potem tylko pan przelatywał przez dokumenty. Cała moja teczka jest mniej więcej grubości czwartej części Harry’ego Pottera, więc pan miał taki specjalny przyrząd, zakłada go się na kciuk, taką gumową nakładkę, taki gumowy naparstek, żeby mu się szybciej przewracało kartki. Sprawdzał, czy wszystkie dokumenty są na miejscu, poprosił właśnie tę dokumentację medyczną i poprosił potwierdzenie gdzie pracuję. Powiedział, że nie potrzebują już ani aktu urodzenia, ani moich zdjęć i że po prostu to jest jakby trochę już przedawniona informacjach. Ale tak na wszelki wypadek wziął też to zdjęcie paszportowe. Niestety nie zostało ono użyte w końcu w samej karcie, użyto innego, na którym mniej się sobie podobam i tyle.


Pan był bardzo śmieszny, w ogóle nie wiem czemu się stresowałam. Przyszłam taka bardzo spięta, pan okazał się być bardzo śmieszny i całe to interview to była chyba najprzyjemniejsza część tego całego procesu ubiegania się o Zieloną Kartę. Pan się pytał gdzie mieszkam, rzuciłam, że Hell’s Kitchen i Pan zaczął robić śmieszne żarty w stylu: „Czekam, kiedy ktoś przyjdzie i powie, że mieszka w „Hell’s Bathroom”. Haha. Następnie bardzo długo przez jakieś pół godziny, opowiadał mi o gangach, które niegdyś działały na Manhattanie. Opowiedział o gangu, który działał w Hell’s Kitchen właśnie w latach 70, opowiedział o różnych dziwnych grupach przestępczych, które działały tutaj też w latach 30. No i generalnie mieliśmy taką długą konwersację na temat tego jak kiedyś było niebezpiecznie w Nowym Jorku. Pan okazał się bardzo rzadkim okazem nowojorczyka, który urodził się i był wychowany w Nowym Jorku, w mieście to bardzo rzadko można takie osoby spotkać więc też się zaśmiałam z tego. Długo też gadaliśmy na temat mojej pracy, Pan sobie trochę też ponarzekał na komputery przy okazji tego, że jestem programistką. Bardzo podobało mi się jak podsumował sam siebie, że on z komputerami jakoś tak nie bardzo ,ale jeśli chciałabym przesłuchać jakiegoś terrorystę to, to będzie mój człowiek.


Koniec końców, pan urzędnik, po tym, jak ogarnął wszystkie moje papiery to spiął je w teczkę. W zasadzie tak tylko burknął na koniec tak mimochodem, że no zostałam właśnie też przypadkiem dodatkowo rezydentem, czyli przyznano mi zieloną kartę i pan poinformował mnie o wszelkich związanych z tym jakby dalszych krokach. Ważną informacją tutaj jest też to, że po takim interview nie bardzo wskazane jest podróżowanie, w sensie wyjazd z kraju do czasu otrzymania samej zielonej karty. Dlaczego? Bo jeśli już w systemie widnieje, że ja mam Zieloną Kartę, to jakby moja wiza automatycznie traci ważność. dlatego, jeśli chciałabym ponownie wjechać do kraju to byłyby pewne zgrzyty: nie mogłabym przedstawić swoje zielonej karty, bo jeszcze wtedy bym jej nie miała. Teoretycznie zostałabym do kraju wpuszczona, natomiast wiązałoby się to albo z jakąś dodatkową adnotacja w systemie, albo z koniecznością przyjścia do urzędu i pokazania fizycznie, że mam już tę kartę. Można też obejść, w taki sposób, że, przychodzi się jak wiemy że z kraju będziemy musieli wyjechać a zielona karta jeszcze do nas nie przyszła, można poprosić o taką pieczątkę w paszporcie, ona jest ważna rok, i ona właśnie służy jako takie potwierdzenie, że ta osoba ma zieloną kartę i można wjechać. Ta pieczątka jest bardzo unikalna, każdy urzędnik ma swoją własną unikalną, by łatwo można by było powiązać, że to ta konkretna osoba wystawiła mi tę pieczątkę do paszportu i ewentualnie takie działanie potwierdzić. Ja poprosiłam pana od razu na taką pieczątkę, tak na wszelki wypadek, natomiast nie musiałam z niej korzystać. Również pan powiedział, że karta przychodzi pocztą. To jest w ogóle dla mnie bardzo fascynujące, że w Stanach dokumenty, wszelkiego rodzaju, wysyłane są pocztą, zwykłą pocztą; I to nie są nawet jakieś listy priorytetowe czy za potwierdzeniem, to po prostu zwykły list. Normalnie pan mówi, że z reguły są to cztery do sześciu tygodni, zanim karta przyjdzie pocztą. W moim wypadku były to dosłownie 4 dni. Moje interview było we wtorek i już w zasadzie w weekend karta była u mnie w skrzynce. Karta jest w kolorze zielono- czerwonym, design się zmienił, w zasadzie, od kiedy tylko karta powstała to już było kilka różnych rodzajów. Początkowo była zielona, przez jakiś czas też była żółta. Jeszcze czasów Obamy na zielonej karcie były takie przedstawienia prezydentów od początku do ostatniego, dlatego kto dostał Zieloną Kartę jeszcze w 2016 to widnieje na niej głowa Obamy. W moim wypadku to już jest nowy design, nie ma prezydentów, za to jest bardzo dużo różnych przedstawień Statuły Wolności, są generalnie 3, do tego oczywiście moje zdjęcie. Jest to też taka karta biometryczna, więc są w niej zakodowane takie informacje jak właśnie moje odciski palców czy wzrost, kolor oczu, jakieś takie głupoty.


Tak więc podsumowując, cały proces zajął około dwóch lat, bo mniej więcej zaczęłam rozmawiać z prawnikami w marcu 2017-roku, ale też nie czułam takiej presji czasu, więc nie spieszyłam się. Kartę dostałam na początku czerwca 2019 roku, więc tak 2 lata z takim niedużym haczykiem. Ja w ogóle jestem z tego bardzo zadowolona, bo wychodzi na to, że dostałam ją jeszcze zanim moja pierwsza H1B straciła termin ważności, więc wiele moich współpracowników, zwłaszcza tych, którzy są z Chin bądź z Indii, bardzo mi zazdrościli tego, że tak szybko się to udało.

Także dzięki za wysłuchanie. Mam nadzieje, że ten odcinek dla was był równie pomocny i interesujący. Jest trochę krótszy, ale ile czasu można słuchać jednego Cieplika. Cześć!

Dodaj komentarz

avatar

Ta witryna używa ciasteczek. Pozostając na stronie zgadzasz się na ich użycie. OK! Polityka prywatności

Cieplik podróżuje

Po Bostonie

Przewodnik po Bostonie autorstwa Agaty Cieplik