Mieliśmy już za sobą ponad 1.5 tysiąca kilometrów. To już w zasadzie ostatni etap trasy. Jeszcze nie wiemy, że połowę tego damy radę przejechać na raz jednego dnia. To wciąż ten moment, kiedy dziennie staramy się nie jechać więcej niż 300 kilometrów, licząc na zachowanie zdrowej proporcji między czasem spędzonym w motocyklowym siodle, a zwiedzaniem. Teraz mieliśmy zamiar wyluzować i zrelaksować się do granic możliwości, bo już za kilka dni czekał nas powrót do pracy. O godzinie 17:00 wreszcie byliśmy nad Balatonem.

  • Czy mówi Pani po angielsku?

Brak odpowiedzi, tylko przeczące kręcenie głową.

  • A może po polsku?

Jeszcze większy brak zrozumienia na twarzy mojej rozmówczyni. W końcu postanowiła przerwać milczenie:

  • Niemiecki. Tylko niemiecki.

I nagle – pustka w głowie! Już chyba wolałabym, żeby mówiła do mnie po węgiersku – miałabym wymówkę, dlaczego nic nie rozumiem! Ale niemiecki?!

  • Tak więc… my… mieliśmy rezerwację… i chcielibyśmy zaparkować nasze motocykle. – wyjąkałam nieporadnie w języku naszych zachodnich sąsiadów. Mimo wszystko poczułam się dumna, jednak 9 lat nauki nie poszło w las i potrafię coś wydukać!

Właścicielka domku, w którym znajdował się nasz pokój uśmiechnęła się lekko, a następnie zaprosiła do ogrodu. Razem z motocyklami.


Heviz wieczorem wciąż tętniło życiem – ludzie przechadzali się między uliczkami, restauracje wypełnione były klientami, a kolorowe światełka raziły po oczach. Węgierska kuchnia to jedna z moich ulubionych! Z radością zasiadłam do posiłku serwowanego w niewielkim podgrzewanym kociołku. Jedna z wielu wariacji na temat ichniego gulaszu. A na deser lampka słodkiego tokaju! Ciepły wiatr i delikatna muzyka w tle dodawały uroku chwili…

Tylko ten niemiecki psuł cały efekt. Język, o którym zawsze słyszy się, że nawet słowo “motyl” brzmi w nim co najmniej jak rozkaz!

 

Kelnerka również władała biegle niemieckim (i tylko niemieckim), ale obie wykazałyśmy maksimum dobrej woli, by dogadać się bezproblemowo. Aż sama nie wierzyłam jak wiele potrafię, choć przez szkolne lata niewiele tego niemieckiego zostawało mi w głowie.

 

Jak się później okazało – nad Balatonem praktycznie wszyscy mówili po niemiecku. Głównie dlatego, że wielu turystów przyjechało właśnie z niedalekiej Austrii, bądź Niemiec.


Heviz – miasteczko, w którym się zatrzymaliśmy – to typowy kurort. Przyciągał głównie starszych, którzy godzinami wylegiwali się w ciepłych wodach jeziora termalnego. Za kilka tysięcy forintów można w nim było spędzić cały dzień przechadzając się między jeziorem a strefą SPA i korzystając na zmianę z ich dobrodziejstw. I choć ciężko było się oprzeć saunom, czy grocie solnej, to jednak nie spędziliśmy tam całego dnia. Kusił nas oddalony o ok. 70 kilometrów półwysep Tihany!

Jezioro Balaton to najdłuższe jezioro Węgier, ale też w zasadzie całej Europy Środkowej. Liczy sobie 77 kilometrów! Jednocześnie, jest to  dość wąski zbiornik wodny – w najszerszym miejscu ma zaledwie 14 kilometrów. Ale to właśnie cieśnina przy półwyspie Tihany jest najwęższym miejscem jeziora – 1.5 kilometra!

Tihany

Tihany

 

Malowniczy półwysep to świetne miejsce dla wielbicieli przyrody. Podziwiać tam można przeróżne ptaki. Powstała nawet specjalna ścieżka dydaktyczna prezentująca poszczególne gatunki. Większą – choć znacznie trudniejszą w znalezieniu – atrakcją są jednak niewielkie pieski preriowe, które spotkać można w zachodniej części półwyspu.

 

Z Tihany na drugą stronę jeziora wypływa prom. Znacznie przyspiesza to przeprawę samochodem, czy rowerem w tamte strony – w innym wypadku trzeba by było nadłożyć sporo drogi!

 

Stojąc na “szczycie” półwyspu, tj. punkcie najbardziej wysuniętym wgłąb jeziora, widzimy bezkresną wodę z prawej i lewej strony, i tylko z naprzeciwka wyłania się zarys drugiego brzegu.

 

Tihany

Tihany

 

  • Dokąd pojechaliście wieczorem?

Uff, tyle udało mi się zrozumieć! Ale jak ja teraz opowiem naszej troskliwej opiekunce, gdzie byliśmy? Znowu powoli próbuję wyartykułować swoje myśli:

  • Pojechaliśmy na półwysep Tihany, gdzie podziwialiśmy zachód słońca!
  • To świetnie! Szkoda, że już wyjeżdżacie – nad Balatonem jest jeszcze tyle pięknych miejsc do zobaczenia!
  • Wiemy… I pewnie jeszcze tu nie raz wrócimy.

Cieplik

Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.