Nasz obóz na Acatenango, Fuego w tle :)

Trekking na wulkan Acatenango i nocne oglądanie wybuchów lawy

przez Cieplik
3 komentarze

Z Antigua w przejrzysty dzień zobaczyć można trzy wulkany – Fuego, Agua i Acatenango. Wszystkie trzy są zresztą też uwiecznione na miejskim herbie. Jednak oglądanie wulkanów z miasta to nie to samo, co wspięcie się na jeden z nich i oglądanie erupcji w czasie rzeczywistym, z bliska, na drugim wulkanie… Dlatego też zdecydowałam się na trekking na wulkan Acatenango, skąd mogłam oglądać fantastyczny nocny spektakl, jaki zafundował Fuego – wybuchując wielokrotnie i wystrzeliwując lawę w powietrze!

Trekking na wulkan Acatenango – co warto wiedzieć?

Chociaż nie ma takiego wymogu i samodzielny trekking jest możliwy, to ja zdecydowałam się wykupić zorganizowaną wycieczkę. Dzięki temu nie musiałam martwić się o tak prozaiczne sprawy, jak namiot czy śpiwór – wszystko było zapewnione!

Przygotowując się do wyjazdu przeczytałam wiele opisów o tym, jak cudowne widoki można obejrzeć będąc już na górze, ale muszę przyznać, że częściowo umknęło mi (bądź nie znalazłam wcześniej tekstów o tym), że to bardzo wymagający trekking. Warto wziąć to pod uwagę planując wyjazd! W pierwszej kolejności – cały szlak poprowadzony jest przez wulkan, po wulkanicznej glebie. Przez większość czasu drepczemy po gruboziarnistym piasku, który zapada się pod naszymi stopami. Idąc więc wbijamy stopy głęboko w ziemię, co częściowo wpływa na tempo i trudność szlaku. Ponadto, większa część drogi jest dosyć stroma, ja przez całą drogę wspierałam się kijem.

Najważniejsze jest to, że wulkan Acatenango jest trzecim co do wysokości wulkanem Gwatemali. Wznosi się na 3976 metrów ponad poziomem morza. To bardzo wysoko – dla mnie był to pierwszy raz na takich wysokościach. Trekking zaczyna się od około 2000mpnm, i pierwszego dnia wycieczki docierają do około 3600mpnm, by szczyt osiągnąć o wschodzie słońca. W związku z tym uczestnicy wycieczki mogą cierpieć na chorobę wysokościową… Najlepiej spędzić kilka dni w Antigua i okolicach przed udaniem się na trekking. Nasz organizm ma wtedy odrobinę czasu, żeby przyzwyczaić się do wysokości – samo miasto położone jest na 1530 metrach.

Pamiętaj o butach trekkingowych!
Pamiętaj o butach trekkingowych!

Co warto zabrać ze sobą na trekking?

Wybierając zorganizowaną wycieczkę mamy zapewnione posiłki, a także namioty i ciepłe śpiwory. Warto jednak zabrać ze sobą następujące rzeczy:

  • buty trekkingowe – naprawdę łatwo o skręcenie kostki w takich warunkach!
  • ciepłe ubrania – wersja “na cebulkę” sprawdza się tu świetnie, dobrze mieć ze sobą czapkę, szalik, a nawet rękawiczki, grubszą bluzę i kurtkę przeciwdeszczową. Organizator mojej wycieczki powiedział, że dosłownie 3 tygodnie wcześniej temperatury na górze spadły do -5 stopni Celsjusza i nie wszyscy byli do tego przygotowani…
  • czołówkę – przydatna zarówno wieczorem, w namiocie, jak i nad ranem w czasie wyjścia na wschód słońca. W nocy i nad ranem, przed wschodem słońca, jest na tyle ciemno, że bez czołówki ciężko będzie zobaczyć drogę na szczyt…
  • napoje – ja miałam ze sobą około 3 litrów w sumie. Zabrałam 1 litr wody i 2 litry Powerade. Woda przydała się nie tylko do picia, ale również do mycia zębów rano i wieczorem.
  • wygodny plecak – zalecany jest rozmiar około 40 litrów, choć to oczywiście zależy od tego, ile rzeczy zapakujesz. Najważniejsze, to żeby wygodnie się go niosło – dlatego warto zwrócić uwagę na szelki i pas biodrowy.

Organizatorzy wycieczek najczęściej udostępniają uczestnikom ciepłe kurtki, plecaki, a także kije za drobną opłatą. Można również zapłacić porterowi, który wniesie nasz plecak do obozu (a zniesie za kolejną dopłatą).

Wrażenia z trekkingu na Acatenango

Budzik dzwoni dosyć wcześnie, bo bus przyjedzie po mnie już o 7:45. Poprzedniego dnia zapomniałam wyjąć więcej pieniędzy z bankomatu, więc mam przy sobie jedynie dolary i trochę quetzali, ale zaczynam się stresować, czy nie będzie problemu z zapłaceniem za wycieczkę. Na wszelki wypadek biegnę do centrum Antigua, ale wszystkie bankomaty czynne dopiero od 8:00. Wracam więc do airbnb i czekam – będzie co będzie.

Bus podskakuje żywo na kocich łbach w Antigua, a gdy tylko opuścimy granice miasta kierowca znacznie przyspiesza. Jedziemy do biura agencji turystycznej, z którą wybieram się na trekking. Biura, które okazuje się domem właściciela firmy, po prostu. Właściciel wita nas i po angielsku opowiada o tym, co zobaczymy, co jego firma robi i że życzy nam udanej wspinaczki. Następnie zbiera pieniądze od wszystkich uczestników, a w międzyczasie każdy z nas odbiera też swój lunch. To jedyna dodatkowa rzecz, którą musimy zapakować do plecaków. Obiad i śniadanie będą doniesione przez pracowników firmy. Okazuje się, że mogę zapłacić dolarami. “Ufff” – kamień spada mi z serca.

Wchodzimy na szlak. Początkowo ogarnia mnie duma, kiedy widzę, że niemalże połowa grupy oddaje swoje plecaki porterom, podczas gdy ja dumnie niosę swoje toboły samodzielnie. Duma nie trwała jednak zbyt długo, bądźmy szczerzy, bo po około dwóch godzinach trekkingu patrzyłam na innych z odrobiną zazdrości. Plecy w sumie nie bolały tak strasznie, nogi również. Ale ogólne zmęczenie dawało się we znaki. Z wielką radością przywitałam lunch!

Naszej wycieczce towarzyszyły pieski. W Gwatemali bezdomnych psów jest niesamowicie wiele, ale wygląda na to, że zarówno ludzie, jak i zwierzęta są do siebie przyjaźnie nastawieni. Psiaki grzecznie czekały aż wędrowcy wyrzucą kości po niedojedzonych kurczakach i grzecznie poddawały się głaskaniu i tuleniu. Jestem pewna, że podczas gdy ja ledwie trzymałam się na nogach, niektóre z tych psów wbiegły na szczyt, zbiegły i pnęły się do góry po raz kolejny…

“Vamos, chicos! Vamos”.

Koniec przerwy. Idziemy – zarządził jeden z przewodników i cała grupa poderwała się do góry. “Vamos, chicos” stało się moim koszmarem przez resztę trekkingu. Lunch, co prawda, dodał mi sił, ale nie na długo. Wlokąc się z tyłu za resztą grupy na każdy postój docierałam najpóźniej, miałam więc mniej czasu, żeby odpoczywać…

W grupie było 3 przewodników – pierwszy z nich szedł z przodu i pokazywał kierunek, a także nadawał tempo grupie; drugi znajdował się w środku i pilnował, by nikt nie zboczył z góry; a ostatni zbierał niedobitki, takie jak ja. Trochę się z nimi zżyłam, bo tak naprawdę szliśmy tylko we dwójkę – ja i przewodnik, podczas gdy reszta grupy była dużo przed nami. Tylko jeden z nich mówił po angielsku, nie przeszkadzało to nam jednak w prowadzeniu krótkich dyskusji z każdym z nich. Ja rozumiem trochę hiszpański, przewodnicy rozumieli trochę angielski i tak jakoś szło…

Brian – przewodnik, który mówił po angielsku – opowiedział mi o samej firmie. Zdecydowałam się na Soy Tours, choć był to wybór trochę przypadkowy. Znalazłam wzmiankę o nich na blogu, cieszyli się dobrymi recenzjami. Poza prowadzeniem wycieczek na Acatenango firma angażuje się również w lokalne inicjatywy. Między innymi przeznaczają część pieniędzy z wycieczek na dostarczanie wody dla dzieci z okolicznych wiosek, a pracownicy pomagają przy organizacji klas w szkole – ze względu na bliskość wulkanów i częste trzęsienia ziemi, budynki szkół są uszkodzone i nierzadko niezdatne do użycia. Brian opowiadając mi o tym wspomniał o swoich dzieciach i o tym, jak bardzo ważne jest wsparcie młodszych pokoleń i że on jest bardzo dumny, że swoją pracą może się też przyczynić do poprawy sytuacji dzieciaków w okolicznych wioskach i miasteczkach.

“Na ten ostatni kawałek mogę Ci ponieść plecak”.

Dzięki. Sama nie dałabym rady. Grupa już od 20 minut była w obozie, przywitali mnie radośnie przybijając piątki. To w końcu żaden wyścig – każdy idzie w swoim tempie.
Przewodnicy przydzielili nas do namiotów – mieszkaliśmy po dwie osoby. Namioty były już rozstawione, a w nich w środku rozłożone były grube śpiwory. Około 19:00 przewodnicy przygotowali nam obiad – same lokalne produkty, w tym od niedawna moje ulubione puree z fasolki. Przy ognisku podali nam również gorącą czekoladę z piankami. Czułam się bardzo źle – powoli docierało do mnie, że to nie zmęczenie, a nawet nie migrena. Jeden z przewodników spytał, czy wszystko w porządku i po chwili podali mi leki na chorobę wysokościową. Po tym i po zjedzeniu posiłku poczułam się znacznie, znacznie lepiej. Na tyle dobrze, że byłam w stanie przez kolejne pół godziny robić zdjęcia. Fuego wyglądał majestatycznie, choć niedługo później schował się za chmurami, a my poczuliśmy deszcz.

O 22:30 obudziło mnie trzęsienie, a potem jeszcze jedno. Dźwięk, jaki temu towarzyszył przypominał nieco burzę. Był jednak znacznie głośniejszy. Wychyliłam się z namiotu – było pięknie. Gwieździsta ciemna noc, prawie żadnej chmury, a w oddali Fuego! Kolejne wybuchy stawały się coraz bardziej spektakularne – lawa leciała wyżej, a całość trwała dłużej… Nie żałowałam ani chwili wysiłku, który włożyłam w wejście do obozu na Acatenango.

Galeria "Wszystkie twarze Fuego"

Obudzono nas około 4:00. Po krótkim czasie na ogarnięcie się wyruszyliśmy do góry. Trekking miał trwać około godziny. Spróbowałam. Po 20 minutach jednak doszłam do wniosku, że nie dam rady. Znowu dostałam leki na chorobę wysokościową. Wschód oglądałam z obozu. Podobno niewiele było widać ze szczytu ze względu na chmury. 

Na śniadanie przewodnicy przygotowali naleśniki z miodem i bananami, a także ciepłą zupę. Spakowaliśmy się. Każdy schodził w swoim tempie. I ma w tym żadnego wstydu. 

Na końcu szlaku czeka szef – wszyscy już dawno zapakowani w busiki, czekają na mnie. Szef pyta, czy mi się podobało, pociesza, że to przecież nie był wyścig, i opowiada chwilę o okolicy. Fuego miał niegdyś 3 kratery, jednak po dość dużym wybuchu (około 5 lat temu) kratery scaliły się w jeden duży. Wspomina też, że ze szczytu Acatenango zobaczyć można inne okoliczne wulkany (łącznie około 11!). Pytam o latarki na Fuego, które widzieliśmy poprzedniej nocy. Okazuje się, że wiele wycieczek w nocy udało się na wybuchający wulkan i z bliska oglądali lawę. Zastanawia mnie przede wszystkim czy to bezpieczne… Odpowiedź mnie nie zaskakuje – “Niezbyt. Do tego nie jest to w pełni legalne”.

Wracam umęczona i spocona. Ale szczęśliwa. Naprawdę było warto.

Biuro Soy Tours i koszta trekkingu na wulkan Acatenango

Biur organizujących wycieczki jest w Antigua wiele. Soy Tours wyróżnia lokalizacja obozu (praktycznie miejsca w pierwszym rzędzie podczas spektaklu Fuego!), a także fakt, że poprowadzili własną drogę na szczyt wulkanu, która jest odrobinę krótsza niż ta publicznie dostępna. Podkreślają też, że biuro to wspiera lokalną ekonomię (o czym zresztą opowiedział mi Brian w trakcie trekkingu). Wycieczki organizowane są codziennie.
Wycieczka z biurem Soy Tours kosztuje 300 Q + 50 Q za wstęp do parku naorodowego. Cena w dolarach to około 50 USD (w zależności od aktualnego kursu). W cenę wchodzi:

  • opieka przewodników,
  • trzy posiłki (lunch, obiad i śniadanie następnego dnia),
  • korzystanie z obozu na Acatenango (namiot, ciepły śpiwór, a także świetlica i… latryna!),
  • dojazd i powrót z Antigua (bezpośrednio pod podany adres hotelu czy airbnb).

Napiwki dla przewodników według własnego uznania.

3
Dodaj komentarz

avatar
najnowszy najstarszy oceniany
Emilia | PsychologiaFotografii.pl
Emilia | PsychologiaFotografii.pl

Robisz bardzo ładne zdjęcie, meega przyjemnie się je ogląda 🙂

Patryk Zieliński
Patryk Zieliński

Niezłe widoki 🙂 z chęcią wyjechałbym w podróż nawet dzisiaj 😛 Pozdrawiamy ze Szkocji.

Mogą Cię zainteresować...

Ta witryna używa ciasteczek. Pozostając na stronie zgadzasz się na ich użycie. OK! Polityka prywatności

Cieplik podróżuje

Po Bostonie

Przewodnik po Bostonie autorstwa Agaty Cieplik