Gimnazjum. Wtedy nawet na zajęciach z angielskiego w szkole bałam się odezwać, a co dopiero zagadać kogoś o wskazówki dojazdu w obcym języku. Rok 2006, wymiana uczniowska. Pierwszy raz przestałam się przejmować, co inni powiedzą o moim angielskim. Najważniejsze było, żeby się dogadać z rodziną z wymiany. Rok 2017 – spóźniam się na samolot i zamiast płakać w kącie i rozmyślać o tym, jak bardzo jestem nieogarnięta… zagaduję obsługę z uśmiechem i pewnością siebie, której jeszcze parę lat temu nie miałam. I magicznie znajduje się dla mnie miejsce w innym samolocie. Pewność siebie to dopiero początek – jak jeszcze się zmieniłam dzięki podróżom? I co zmieniło się w moich podróżach przez te wszystkie lata?

 

Co zmieniło się w moich podróżach?

Początki tego bloga były w zasadzie nieciekawe. Pisałam na potęgę o kolejnym odwiedzonym muzeum – cenie, dojeździe. Każda moja podróż odbywała się wokół muzeów i odhaczania atrakcji turystycznych. W końcu nigdy nie było wiadomo, kiedy wrócę w dane miejsce. Być może nigdy?

Jadąc do Paryża, przygotowaliśmy listę rzeczy do zobaczenia. 60 miejsc na 6 dni. Podzieliliśmy je na dni, zaznaczyliśmy na mapie kolorami i… lataliśmy z wywalonymi językami po mieście. Nie zobaczyliśmy nawet połowy tego, co było zaplanowane, a ja czułam się z tym niesamowicie źle! Przecież tyle jeszcze pozostało nieodkryte. Przecież mogłam wcześniej wstać. Przecież mogłam zrobić jeszcze setkę innych rzeczy!

Wyjeżdżając do Włoch, nie robiliśmy już żadnych konkretnych planów. Wiedzieliśmy tylko, że chcemy przejechać się pociągami, zacząć od Mediolanu, ale zobaczyć też Wenecję i Weronę. Tym razem bez ciśnienia, bez parcia by zobaczyć wszystko. Zamiast spędzać czas na wybieraniu kolejnego muzeum, siedzieliśmy w restauracji na jednym z weneckich placów, podziwiając architekturę, jedząc włoską pizzę i popijając delikatne rose. I wreszcie można było odetchnąć.

 

Jak teraz podróżuję?

Obecnie, większość moich podróży odbywam samotnie. Staram się nie planować zbyt wiele przed wyjazdem (tworzę jednak plan ramowy w Paper, który potem podsyłam mojej Mamie, żeby się nie martwiła 🙂 ) i wiesz co? Znacznie poprawiło się moje samopoczucie podczas wyjazdów, a w dodatku dużo więcej dostrzegam w podróży.

Każdy wyjazd staram się przeżywać. Czasem po prostu kupuję wycieczkę, w czasie której uczę się snorkelingu i oglądam delfiny, a innym razem wybieram się na jakieś lokalne wydarzenie (jak np. Dzień Świstaka w Woodstock, IL). To jednak nie miejsca same w sobie sprawią, że przeżywam dużo więcej, ale spotkani ludzie. W każdej podróży nawiązuję nowe znajomości. W ten sposób poznałam już:

  • kenijczyka studiującego w Long Island, który sporo opowiedział mi o swojej rodzinie;
  • parę amerykańskich emerytów, którzy wreszcie znaleźli czas, by wyruszyć w podróż życia;
  • ekipę organizującą wypłynięcia w poszukiwaniu wielorybów;
  • aktora i muzyka, który z wielką ciekawością wysłuchał moich opowieści o Polsce;
  • czy wreszcie chirurg plastyczną z Singapuru, która pomaga kobietom po przejściach, poprawiając ich samopoczucie i podnosząc samoocenę poprzez m.in. maskowanie blizn.

Żadne muzeum nie będzie w stanie zapewnić mi tylu przeżyć i takiej wiedzy.

Jestem otwarta na sugestie i jeśli tylko mogę sobie na to pozwolić – zmieniam plany, podróżuję bardziej spontanicznie niż kiedyś. W końcu żadna strona internetowa nie da mi tak pełnego obrazu odwiedzanego miejsca, jak jego mieszkańcy. Pozwalam sobie na wpadki i nie oczekuję wiele – dzięki temu nie mogę się zawieść, a każda podróż jest po prostu pozytywnym przeżyciem pozbawionym negatywnych emocji. I nawet jeśli gdzieś jeszcze nie byłam, albo nie zobaczyłam tych samych rzeczy, które widzieli moi znajomi – nie myślę o sobie krytycznie. W końcu mogę w to miejsce przyjechać innym razem, nie? A jeśli nie – to świat się nie zawali.

 

Jak ja się zmieniłam dzięki podróżom?

Samotne podróże to jedna z rzeczy, która bardzo pozytywnie wpłynęła na to, jak radzę sobie z wszelkimi przeciwnościami losu. Kiedy jestem zupełnie sama w nieznanym mi miejscu, niejako rzucona na głęboką wodę, muszę sobie jakoś poradzić. Bo jak nie ja, to kto? Dostrzegam też, że ludzie, których spotykam na mojej drodze są przyjaźni i pomocni, wystarczy tylko się odezwać.

Moim największym problemem był (i jest nadal) strach przed zagadaniem do kogoś obcego. Do tej pory sztywnieję na myśl o tym, że muszę zadzwonić do lekarza czy ubezpieczyciela. 10 lat temu ze strachu przed zapytaniem nieznajomego o drogę wolałam kręcić się w kółko, licząc na to, że sama dam radę. Podróżując z kimś, trochę polegałam też na towarzyszu podróży, wiedząc, że w razie czego to ta druga osoba będzie mogła załatwiać takie sprawy.

Kolejną sprawą, która znacznie się poprawiła to moja ogólna pewność siebie. Po mojej przeprowadzce do Nowego Jorku i roku samotnych podróży wiem już, że po prostu sobie poradzę. Że jestem w stanie porozumieć się w obcym języku, nawiązać nowe znajomości i zacząć od zera. Że dam radę samodzielnie poskładać meble, czy ugotować prawdziwie polski obiad na emigracji, ale też że podatki za granicą nie są straszne, objaśnię ważne informacje lekarzowi-specjaliście, czy wynegocjuję zniżkę w cenie mieszkania. I teraz zamiast trząść portkami przed każdym wyjazdem i stresując się tym, co nieplanowane, po prostu jadę. Bo wiem, że i tak będzie fajnie!

Pozytywne myślenie o samych podróżach, przeniosło się też na resztę mojego życia. Półtora roku temu poszłam do lekarza – depresja trzymała mnie w łóżku przez niemalże 2 miesiące. Dwa miesiące wyjęte z życiorysu. Dzisiaj, choć nie jest wcale łatwo, dużo częściej się uśmiecham. I cieszę się tym, co mam i tym, czego doświadczyłam. Doceniam każdą chwilę – a z takim pozytywnym nastawieniem dużo łatwiej brnąć do przodu 🙂 To po części również podróżowanie wpłynęło na to, jak teraz postrzegam wiele rzeczy i jak radzę sobie z codziennością.

Wreszcie to planowanie. A w zasadzie jego brak. Ta pewna spontaniczność, na którą wcześniej sobie nie pozwalałam, czy odrobina szaleństwa (tak, mam tu na myśli wszelkie nowojorskie imprezy…) wiele ułatwia. W końcu żyjemy tu i teraz, a nie za miesiąc czy za dwadzieścia lat. Dlatego z konsekwencją realizuję moje marzenia – nie czekam już na to, aż kiedyś się spełnią. Kiedyś może przecież nigdy nie nadejść…

 

Zmiany są fajne

Nie chcę tym wpisem powiedzieć, że wcześniejsze wyjazdy były bezsensowne – nie żałuję tych wszystkich odwiedzonych muzeów 😉 Ale jednocześnie cieszę się każdą nową historią, którą mogę opowiedzieć (weźmy na przykład taką burdelmamę z St Pauli…), każdą niezaplanowaną aktywnością (jak impreza VIP z Davem Chapelle), która przeradza się potem w niezapomniane doświadczenie.

Mówi się, że podróże kształcą. Ale ja jednak powiedziałabym, że podróże kształtują naszą osobowość, nasze podejście do ludzi i wszelkich różnic między nami, szacunek do świata – roślin i zwierząt, a pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. Ja potrzebowałam chwili, żeby to sobie uzmysłowić, ale to między innymi dzięki moim wyjazdom jestem teraz właśnie tą Agatą. Tą Cieplik.

Opublikowane przez Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.

Komentarze

  1. Oj skąd ja to znam! Plan 200% normy, a potem frustracja dlaczego tego i tamtego nie zrobiłam/zobaczyłam/zwiedziłam. Teraz też podróżujemy bardziej świadomie i bardziej slow 😉

    Odpowiedz

  2. Bardzo trafnie to ujęłaś, że podróże kształtują naszą osobowość 🙂 Moje podróże wykształciły u mnie przede wszystkim cierpliwość i pokorę. Już nie wkurzam się, jeśli autobus przyjedzie o 5 minut za póżno, bo są kraje, gdzie nawet nie ma planu jazdy. Po prostu się stoi i czeka 🙂 Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz