Od długiego czasu jestem wręcz zawiedziona czytanymi przeze mnie książkami podróżniczymi – wiele z nich powstaje tylko dlatego, że autorzy chcą je wydać, jednak nie mają za wiele do powiedzenia. Blog Anity Demianowicz śledzę od dłuższego czasu – jej piękne zdjęcia śnią mi się po nocach (marząc, że kiedyś też ludzie będą zachwycać się tak moimi fotografiami). Miałam duże oczekiwania sięgając po “Końca świata nie było”. Jak oceniam więc książkę?


Rok 2012. Kiedy wszyscy żartowaliśmy o “końcu świata”, Anita właśnie jechała do Tikal, gdzie uczestniczyła w obchodach zmiany kalendarza Majów. Świat się nie skończył. Ale wydarzenie, w którym przyszło jej uczestniczyć, nie powtórzy się już za naszego życia…


O czym jest książka „Końca świata nie było”?

Książka Anity jest niesamowitą, pełną emocji opowieścią. Czytając ją nagle dostrzegłam “prawdziwą twarz” autorki. W mojej głowie dotąd postać Anity (której nie dane było mi jeszcze poznać osobiście) rysowała się jako najbardziej pewna siebie dziewczyna na świecie, wprost stworzona do samotnych podróży! Kobieta niezależna – wszak wielokrotnie na blogu wspomina o swoim mężu, którego notorycznie porzuca na rzecz podróży. Wielokrotnie przyszło mi do głowy, że nigdy nie odważę się na taką wyprawę – ja z moją nieśmiałością i strachem przed samotnymi nocami.

Tymczasem okazuje się, że Anita nie jest jakimś herosem, czy super bohaterem. To zupełnie normalna kobieta, która przed swoją pierwszą samotną podróżą miała całkiem typowe obawy – strach przed nieznanym, przed rozstaniem z mężem, czy różnicami kulturowymi i nieznanym językiem. A jednak dała radę! I to w pięknym stylu! W książce opowiada o ludziach, których poznała w czasie podróży, o ich podejściu do samotnie podróżującej kobiety, czy historiach dotyczących codziennego życia. Co więcej, dzięki takim opisom zaszczepiła we mnie myśl, że ludzie spotkani w drodze nie muszą być źli i nie trzeba do nich podchodzić z rezerwą. Często będą chcieli nam pomóc, albo chociaż zainteresują się tym, co mamy do powiedzenia. W końcu dla mieszkańców Ameryki Środkowej, Polak (a tym bardziej samotna Polka) jest dla nich taką samą atrakcją jak dla nas “maczo” z Hondurasu!


“Końca świata nie było” motywuje i inspiruje, ale również uczy. W swoich historiach autorka przemyca informacje o historii i kulturze oraz ważnych sprawach mieszkańców, których poznaje i odwiedza. To niesamowite, jak wiele można nauczyć się w czasie takiej niespiesznej podróży!

Zdecydowanie Anicie udało się sprostać moim oczekiwaniom co do książek podróżniczych. Na nowo poczułam chęć do czytania opowieści z drogi (których niezła kolekcja zebrała się już na półce) i przeżywania przygód wraz z autorami.

W tej książce Anita opisuje fantastyczną historię, pokazując, że w gruncie rzeczy każdy może podróżować i że warto czasem wyjść poza swoją strefę komfortu. Jedyny minus – to zdecydowanie za krótka i za szybko się ją czyta. Jak nic, Anita powinna wziąć się za przygotowanie kolejnego tomu… Tymczasem, w oczekiwaniu na inne książki, polecam zajrzeć na bloga Anity! 🙂

 

Cieplik

Opublikowane przez Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.