Podkast #03: Rodzina nomadów podbija Nowy Jork!

PODKAST #03: Rodzina nomadów podbija Stany Zjednoczone!

przez Cieplik
2 komentarze

PODKAST #03: Rodzina nomadów podbija Stany Zjednoczone!
Podróże, emigracja, Stany Zjednoc...

 
 
00:00 / 43:34
 
1X
 

Dzisiaj rozmawiam z Grzegorzem, współautorem bloga “Rodzina Nomadów”, który wraz z żoną i synem podróżuje po różnych zakątkach świata. Oboje od kilku lat świetnie łączą pracę (zdalną!) z podróżami, ale to właśnie w USA to wszystko miało swój początek! Grzegorz opowie o ich pierwszym kilkumiesięcznym wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, gdzie – w zasadzie – mieszkali przez trzy miesiące; opowie o dokumentach, których potrzebowali, a także o tym, co najbardziej podobało się ich (teraz już) sześcioletniemu synowi!

Jeśli preferujesz czytać, to transkrypt z podkastu dostępny jest niżej!


W tym odcinku podkastu posłuchasz o:

  • Jak odnaleźć się w Arkansas mieszkając tam tymczasowo?
  • Jakie niebezpieczeństwa czają się w Arkansas?
  • Co warto ze sobą zabrać, jeśli tylko jeden rodzic przekracza granicę z dzieckiem?
  • Na co zwrócić uwagę przy wyborze ubezpieczenia na podróż i z czego korzystają Grzegorz i Sylwia?
  • Jak to jest z tym płaceniem w USA (i w innych miejscach na świecie)?

Grzegorz opowie też o miejscach, które wspólnie odwiedzili w czasie swoich wyjazdów do Stanów Zjednoczonych:

Otwórz transkrypt

Agata: To jest podkast “Cieplik Podróżuje”: audycja o podróżach, emigracji i Stanach Zjednoczonych. Odcinek trzeci. Moim dzisiejszym gościem jest Grzesiek, współautor bloga “Rodzina Nomadów”, który opowie o łączeniu pracy zdalnej z rodzinnym podróżowaniem po Stanach Zjednoczonych. Zapraszam.

Agata: Cześć, miło mi powitać was w trzecim odcinku podtekstu „Cieplik Podróżuje”. Ja nazywam się Agata Cieplik a moim dzisiejszym gościem jest Grzegorz, który razem z żoną Sylwią prowadzi bloga „Rodzina Nomadów”. Porozmawiamy o tym jak oboje łączą pracę, podróże i wychowywanie syna. Będzie też dużo o podróżowaniu po Stanach Zjednoczonych, pracy zdalnej a także o tym że wcale nie tak łatwo przekroczyć granicę z własnym dzieckiem.

Grzesiek: Jestem Grzesiek. To czym się zajmuję. Głównie wywodzę się z branży IT, ale nawet przed tym nagraniem do żony powiedziałem: „Słuchaj, będę musiał powiedzieć czym się zajmuję, to co mam właściwie powiedzieć?”. I ciężko nam było to wszystko ułożyć, bo to trochę  wynika z dłuższej historii. Nadal pracuję w branży IT, ale oprócz tego dużą cześć mojego czasu spędzam tutaj nad prowadzeniem bloga razem z żoną i też na prowadzeniu naszych małych biznesików.

Agata: Wasz blog „Rodzina Nomadów” prowadzicie wspólnie z żoną i synem, tak?

Grzesiek: Tak. To właściwie zaczęło się od tego, że żona zaczęła to prowadzić, ponieważ miała dosyć taki talent pisarski. Potem zaczęliśmy się razem w to bardziej angażować, coraz więcej przy tym grzebać. No i tą taką dłuższą drogą ewolucji wytworzył się z tego taki projekt, rodzina nomadow.pl ,na którym właśnie produkujemy takie treści w których  opowiadamy o naszych podróżach. Próbujemy też kanał na YouTubie trochę rozwijać, Instagrama i tak dalej. Także to jest taki rodzinny projekt, ponieważ wszystkie nasze podróże odbywamy razem z naszym synem, który w tej chwili nie długo skończy 6 lat, ale zaczynaliśmy  jak miał 3 lata. Więc to jest taki rodzinny projekt, rodzinanomadow.pl.

Agata: Wspominałeś w mailach przed nagraniem ,że blog rozpoczęliście prowadzić właśnie w trakcie podroży do Stanów Zjednoczonych, kiedy pracowałeś w Arkansas przez trzy miesiące. Czy zrozumiałam to poprawnie?

Grzesiek: Tak to właściwie dokładnie tak bo to było kilka lat temu, 2016 rok. I tak ogólnie mieliśmy ochotę gdzieś wyjechać , gdzieś pomieszkać trochę za granicą. Z różnych względów to nie dochodziło do skutku, po pierwsze trochę się baliśmy, nie było tak łatwo pojechać w te trochę atrakcyjniejsze miejsca, jak Stany czy Australia ze względów wizowych. Przyznam, że finansowo to aż tak super nie wygląda. Tak się zbieraliśmy ale nic z tego nie wychodziło. Pewnego razu dostałem telefon od firmy w której wcześniej pracowałem. Oni mi zaproponowali powrót to tej firmy, z tym że ,na początek praca wiązałaby się z tym że trzeba było pojechać w taką dłuższą delegację czy podróż służbową właśnie do Stanów. A że headquarter, czyli główna siedziba firmy znajdowała się właśnie w Arkansas, to właśnie tam pojechaliśmy na kilka miesięcy. No ale to też wiązało się z pewnymi decyzjami, moja żona Sylwia musiała zrezygnować z pracy żebyśmy mogli pojechać wszyscy razem. No i tam na miejscu, razem sobie właśnie wymyśliliśmy, że może mogłaby zacząć prowadzić takiego bloga. Weekendami sporo jeździliśmy po okolicznych stanach, zaczęło nam się to bardzo podobać, chcieliśmy jeszcze więcej. I tak sobie pomyśleliśmy, że takiego bloga warto by było stworzyć. Na początku on się nazywał inaczej „Tu i Wszędzie” ale od jakiegoś czasu, taką długą kilkuletnią drogą ewolucji, sami stwierdziliśmy ze staliśmy się takimi cyfrowymi nomadami i nazwaliśmy tego bloga „Rodzina Nomadów” .

Agata: Super, a czy możesz powiedzieć troszkę więcej na temat samych takich praktycznych rzeczy związanych z tą krótką przeprowadzką do Stanów? Wiza, jak szukaliście mieszkania, sprawy związane z finansami, bankami i już ogarnianiem się tutaj na miejscu?

Grzesiek: Łatwiej na pewno było nam się na to zdecydować, bo to była naprawdę taka dużo bardziej bezpieczna forma niż znaleźć sobie inną pracę za granicą, tam się przeprowadzić i zaczynać tak wszystko od zera. Tutaj to bardziej polegało na tym, że ja się zatrudniłem w firmie w Polsce i oni mnie tam wysłali. Co wiązało się z tym, że to oni muszą te mieszkanie zapewnić. Mi akurat udało się tak z nimi wynegocjować, znaczy po prostu zakomunikowałem im że sam nie pojadę, tylko musze wziąć rodzinę. Że tylko taka opcja dla mnie wchodzi w grę, oni po jakimś tam czasie się na to zgodzili. To wiązało się z tym że mieli mi właśnie wynająć mieszkanie z odpowiednia ilością sypialni, tam dostałem samochód. No i oczywiście jak przy takiej zwykłej podróży zagranicznej dostaje się tak zwaną dietę. Czyli na Stany zjednoczone to jest akurat 59 dolarów. Nie jestem pewien czy to dalej aktualne ale na tamte chwile to było 59 dolarów na dzień, to wychodziło około 2 tysięcy dolarów miesięcznie. Więc to oznaczało, że miałem mieszkanie i samochód zapewnione, no i oprócz pensji którą dostawałem normalnie w Polsce, dostawałem dwa tysiące  dolarów na tak zwane wydatki.

Agata: Czyli taki krótki amerykański sen.

Grzesiek: Tak. Pomimo tego że to wszystko było załatwiane przez firmę i tak mieliśmy jeszcze tam różne obawy. Całe szczęście się zdecydowaliśmy i też to był taki okres w naszym życiu gdzie byliśmy na prawdę bardzo zapracowani, ja miałem inną pracę w której zaczynałem podejmować tam jakieś leaderskie stanowiska co powodowało że bardzo dużo pracowałem, dużo nadgodzin. Strasznie to było wykańczające. Taki moment kulminacyjny też się zbliżał że zarówno jak i ja od tej pracy, jak i cała nasza rodzina już musiała od tego wszystkiego odpocząć. No i wtedy takie coś nam wręcz prawie że spadło z nieba. No i na to poszliśmy, mogliśmy częściowo jakby zrealizować swoje zagraniczne ambicje w bezpiecznej formie. Byliśmy okryci opieką przez firmę, mieliśmy tam dużą pomoc w tym żeby wizę załatwić. Chociaż na tamta chwile nam się to wydawało nie wiadomo jakim challengem. No a teraz wiemy że załatwienie takiej wizy turystycznej czy turystyczno-biznesowej to jest bardzo prosta sprawa. No ale mieliśmy też wsparcie firmy, listy polecające i tak dalej. No i tak to mniej więcej było i pojechaliśmy.

Agata: Muszę też o to zapytać, co w takim razie robiła twoja żona i syn kiedy ty pracowałeś? Mówisz, że w weekendy jeździliście i zwiedzaliście a w ciągu tygodnia?

Grzesiek: To było właśnie najlepsze z tego wszystkiego, najlepsze co odczuliśmy. Bo o  ile tutaj w Polsce obydwoje pracowaliśmy, syn był w przedszkolu i to było taka w dzień  pogoń z przedszkola do pracy, wszystko wieczorem, tylko wracaliśmy do domu dosłownie na tam godzinkę, kolacje i do spania. No a jak tam pojechaliśmy i tylko ja tam pracowałem, no to wiadomo ta druga osoba pewne rzeczy może w tym czasie ogarnąć. I okazało się ze zaczęliśmy mieć bardzo dużo czasu dla siebie. No i praktycznie jak ja wracałem z tego biura, w domu było wszystko zrobione, Igor w ciągu dnia z Sylwią jeździli sobie na takie place zabaw żeby trochę z dziećmi się pospotykać. My byliśmy tam w okresie letnim lipiec, sierpień, wrzesień no i temperatury tam są bardzo wysokie w dzień. Może nie licząc basenu to nie do końca da się pospacerować bo temperatury utrzymują się 35-40. Potworzone są takie place zabaw zamknięte w klimatyzacji, gdzie tam z jakaś opłatą, 10-5 dolarów, już nie pamiętam można tam przyjść z dziećmi.

Agata: Czy tam naprawdę są zamknięte place zabaw z klimatyzacja?

Grzesiek: Tak, tak, no i to jakby wydawało nam się też bardzo dziwne na początku i też jak nie mogliśmy znaleźć ludzi. Jak tam przyjechaliśmy to zadawaliśmy sobie pytanie „Gdzie są ludzie?”. Ale to też taka pora, że po prostu się nie wychodzi. Na pierwszy raz to jest taka trochę egzotyka, wiec wiadomo, nas to wszystko ciekawiło, chybiliśmy to wszystko oglądać. Powiedzmy w godzinach 11-15 ciężko przebywać na dworze dłużej niż 30 minut bym powiedział, no bo człowiek cały mokry jest. Tym bardziej ze tam wilgotność bardzo wysoka jest. To też  była dla nas nowość bo w żadnych krajach tropikalnych nie byliśmy. Tam to wyglądało tak ,że po wyjściu z lotniska z klimatyzacją, człowiek po 5 sekundach czuł się taki ani to mokry ani spocony, takie ręce od razu tłuste się robiły. Po czymś takim jak u nas w Polsce to człowiek od razu idzie i myje ręce, tam to w lato jest cały czas. Więc tak, place zabaw wydawały nam się dziwne, ale w lipcu i sierpniu żeby dziecko się pobawiło gdzieś to nie ma innego wyjścia.

Agata: Poza placami nie zapisywaliście go na żadne inne dodatkowe zajęcia ani nic z tych rzeczy?

Grzesiek: Nie po za tym ,że to był okres wakacyjny, my jak tam  przyjechaliśmy to właśnie rozpoczęły się  wakacje.  Ale jeszcze w trakcie naszego pobytu tam pamiętam w drugiej części rozpoczął się rok szkolny. Bo to wtedy na drogach to wszystko widać, dużo więcej policji wtedy jest, to też ciekawostka taka . No ale nie zapisywaliśmy go nigdzie. No ale to tez była taka historia że mieliśmy tam być na 3 miesiące, no i z bardzo wysokim prawdopodobieństwem mieliśmy wrócić na parę tygodni do Polski i przyjechać na kolejne 3 miesiące. I na te pierwsze chcieliśmy sobie trochę bardziej pozwiedzać, nie chcieliśmy się tak bardziej uwiązywać żeby gdzieś go tam zapisywać.

Agata: No właśnie, a jak w ogóle  wygada życie kiedy przeprowadzasz się w jakieś miejsce, w zasadzie na taki krótki okres. Czyli wiesz ,że to się w krótce skończy no ale jednak przez jakieś te 3 miesiące trzeba tam przeżyć, jeździć na zakupy, mieć jakiś znajomych żeby nie „sfiksować” w domu. Jak to wygląda?

Grzesiek: O ile ta ostatnia rzecz, którą właśnie wspomniałaś  czyli w sumie tych znajomych to jest bardzo problematyczna bo, przynajmniej w większości miejsc nie da się tak szybko znaleźć znajomych. O ile ja jeszcze miałem dosyć to łatwo , ja chodziłem do biura, miałem  jakiś  zespól tam, jakąś taką grupę 20-30  osób z którymi się na codzienna widziałem, rozmawiałem. Sylwia miała tu trudniej prawda. I to też udało się nawiązać, i akurat właśnie Stany, przynajmniej to miejsce gdzie byliśmy, później właśnie uznaliśmy że to jest jedno z takich łatwiejszych miejsc do znalezienia znajomych. No i Sylwia takich znajomych właśnie głównie znajdywała na tych placach zabaw, czy poznawała mamy czy tatusiów innych dzieci. Więc tak to właśnie mniej więcej wyglądało. To taka właśnie śmieszna sytuacja się z tym wiąże. Zaraz na początku jak Sylwią szła na przykład na plac zabaw i kogoś poznawała no to zaraz po 10 minutach rozmowy ta druga osoba na przykład zapraszała „dobra to przyjdźcie do nas jutro do domu, dzieci się pokąpią  w basenie a my coś tam pogadamy„. No a przed samym wyjazdem też byliśmy mocno straszeni porwaniami. Sylwia żeby z naszym synem Igorem przejechać przez granice, ja musiałem u notariusza zostawić jej takie poświadczenie że zgadzam się na przekroczenie granicy bo tam porywają dzieci i tak dalej. No i to wszystko spowodowało ze ja mówię „kurde jakaś podejrzana sprawa weź no tam nie idź bo jeszcze coś się wydarzy „. No i faktycznie Sylwia tam nie poszła ale bardzo szybko się okazało, że to jest takie chyba normalne u nich. Bo zaraz spotkała następna osobę no i dobra, no to przyjdźcie do nas albo my przyjdziemy do was, i tak dalej. Więc  tam to dosyć szybko te znajomości się nawiązywało.

Agata: To super.

Grzesiek: Pytałaś o te pozostałe rzeczy, tak. Czyli sklepy i tak dalej. No to no dla nas, na tą chwilę tak, bo to w tych Stanach pierwszy raz byliśmy ponad 3 lata temu. No to w tej chwili to już dla nas stało się taką rutyną, ponieważ takie podróże to już powtarzaliśmy kilka razy do różnych miejsc. Ale wtedy no to powiem że faktycznie było ciężko, zwłaszcza właśnie w  Stanach no bo wszystko jest inne. Zwłaszcza na przykład jeżeli chodzi o żywność, no to tam taki największy najpopularniejszy sklep Walmart no to ciężko jest znaleźć coś jadalnego. Powiedzmy te 90% tych wszystkich mrożonek albo tych tam makaroni and cheesów różnych no to, to nie wygląda dobrze jak się jest przyzwyczajonym do Polskiego jedzenia. Ciężko było znaleźć na przykład, no my mieliśmy problem ze znalezieniem zwykłej mąki albo zwykłego ryżu, prawda ,no bo w Walmartcie jest cała 100 metrowa alejka gdzie jest ryż z tym, ryż z tamtym ryż  z czymś innym. I tak samo  z makaronem, ale żeby znaleźć sam makaron no to nie dało się. Później dopiero w innych sklepach znaleźliśmy na dziale kuchnia włoska, był po prostu makaron. No ale faktycznie chwile to trwało. I to tak miesiąc czasu. O ile my mieszkaliśmy w małej miejscowości bo w Arkansas największym miastem jest Little Rock, my mieszkaliśmy w takim jakby, tak jak te amerykańskie miasta są zbudowane jakby takie aglomeracje że jest jedno centralne miasto i zazwyczaj dookoła takie mniejsze. Większość dużych miast jest tak zbudowana. No i my mieszkaliśmy właśnie  w takim mniejszym Conway, około 60 tysięcy mieszkańców. To powiedzmy nie zajęło aż tak dużo żeby to wszystko objechać, tych parę sklepów, ale powiedzmy miesiąc czasu tam jakoś przyzwyczajaliśmy się  do funkcjonowania tam na miejscu. Zarówno właśnie do sklepów czy  do poruszania się na drodze, bo to tez jest osobny temat. Czy też temperatury po porostu, bo to jednak tydzień, dwa tygodnie czasu to jest taka akomodacja żeby do tej temperatury 35 stopni tak na stałe się przyzwyczaić.

Agata: No właśnie to jeszcze zatrzymajmy się do tego poruszania się na drodze. Bo wspomniałeś już w trakcie rozmowy że wszędzie jest dużo policji i widziałam też parę wpisów na blogu o tym dlaczego policja może cię zatrzymać. Czy miałeś w ogóle jakieś spotkanie z policjantami amerykańskimi, z drogówka?

Grzesiek: Nie, chyba nigdy nie byliśmy zatrzymani. Tam rozpatrując te wszystkie sytuacje drogowo-policyjne no to, w obrębie stanu można dyskutować. W innych stanach to może być inaczej. No ale tam na pewno było tak że po pierwsze, wiem że w wielu stanach tak jest, pewnie chyba nie we wszystkich. W Arkansas było tak ,że policja po pierwsze nie może zatrzymać bez powodu, nie istnieje coś takiego jak rutynowa kontrola . A po drugie z tego co mi tam było wiadomo, jeżeli policja zauważy jakieś wykroczenie czy ktoś na czerwonym świetle przejeżdża też nie może zrobić czegoś takiego ze „ a dobra niech już se jedzie skoro już przejechał” tylko musi za nim pojechać, i wtedy przynajmniej zatrzymać i pouczyć, nie koniecznie musi dać mandat ale musi za nim pojechać. No i to są jakieś różnice w porównaniu do Polski. A to co wspominałem że dużo tej policji jest, to miałem na myśli to że jak się rozpoczął rok szkolny no to właśnie zauważyliśmy, i to też jest chyba właśnie związane z tymi porwaniami, że bardzo pilnują szkół. W tych godzinach jak dzieci przyjeżdżają albo odjeżdżają. Ja to akurat widziałem bo jak dzieci przyjeżdżały do szkoły no to ja jechałem do biura samochodem, i przejeżdżałem obok 2 szkół. Wtedy każda ulica dojazdowa, praktycznie do takiego podjazdu do szkoły jest jakby obstawiona przez radiowóz. Jest oczywiście jeszcze kilka ciekawostek jeżeli chodzi o przepisy. Sławetna rzecz co ludzie czasami mają problem to jest właśnie znak stop, inaczej się zachowujemy jak w Polsce. W Polsce używamy tej tak zwanej zasady prawej ręki, w Stanach jest jakby kolejka. Kto przyjeżdża pierwszy ten odjeżdża pierwszy, do tego tez trzeba się przyzwyczaić no ale jakoś to nam szybko szło. Fajne co nam się na pewno podobało, to też pewnie nie jest w całych stanach ale no w większości miejsc jak byliśmy to tak było. No ze wszyscy jeżdżą jednakowo, nie ma żadnego wyprzedzania, nie potrzebnego stresu na drodze, to w ogóle praktycznie nie widać. Dosyć przyjemnie się jeździło, czy to była autostrada czy duża droga, czy mała to z dodatkowe 5-10 mil szybciej niż można, ale już nie więcej. Więc poruszanie po drogach było tak dosyć przyjemne i później po powrocie do Polski trzeba przyznać że tego brakuje.

Agata:  No dobra, to możesz podsumować te pierwsze trzy miesiące w Stanach? Co było takiego na plus i na minus i czego wam najbardziej brakowało wtedy.

Grzesiek: No na plus zdecydowanie to był taki „styl życia”. Oprócz tego że my mieliśmy bardzo dużo czasu na wszystko i takie trochę inne amerykańskie realia. Na przykład domy, mając tam takie zwykłe mieszkanie nie zbyt tam specjalnego w nim nie było. Ale oczywiście one było duże, jeżeli chodzi metrażowo no to w porównaniu do Polski to były duże metraże. Czy takie rzeczy że my na osiedlu mamy swój własny basen. Też my mieszaliśmy w ogóle  na polu golfowym, to też była taka ciekawa rzecz. No oprócz tego że ludziom się nigdzie nie spieszy, że ten styl życia jest bardziej taki powolny. Ten flow jest trochę inny, nikt nie pędzi, bardziej pozytywnie, więc to nam się na pewno podobało. No a z czego brakowało, to taka bardziej rozłąka czy tam z rodziną czy ze znajomymi, tego tylko jedynie brakowało. To też dla nas taki przełomowy był moment, że jakby po powrocie to taka lekka depresja że o tu pogoda deszcz i tak dalej. Ale też od tamtej pory spodobało nam się to że jedziemy sobie gdzieś, poznajemy sobie jakieś takie życie, jak ludzie żyją tam. Trochę sobie tam podróżujemy , wracamy no i to było fajne. I postanowiliśmy ze chcemy tego więcej robić. Zaczęliśmy dążyć do tego żeby to było możliwe, ja nadal byłem w tej firmie, normalną prace miałem więc to nie do końca było tak oczywiste.

Agata: Czyli wy zaraz po tych 3 miesiącach wróciliście od razu do Polski i wróciłeś z powrotem do pracy czy jeszcze coś robiliście w Stanach?

Grzesiek: Tak, wręcz to było tak że o ile w tym Arkansas zwiedziliśmy te okoliczne stany ale no znając też różne opowieści i tak dalej, trochę no byliśmy tacy bardzo zarajcowani tymi stanami i koniecznie chcieliśmy zobaczyć te wszystkie sławne parki narodowe, te Grand Canyony, Doliny Śmierci i tym podobne. No i zaczęliśmy myśleć jak to można zrobić. Dokładnie rok później pojechaliśmy drugi raz właśnie do Stanów na miesiąc, na 31 dni dokładnie. Z tym że to był już całkowity czas wolny bez pracy. I właśnie przez te 30 parę dni objechaliśmy podejrzę 5 czy 6 stanów. Właśnie te wszystkie parki narodowe, pierwszy raz w życiu zaczęliśmy właśnie campingować. A oprócz tego poł roku później byliśmy na miesiąc w Chicago, bo w międzyczasie oczywiście ja zacząłem wszystko robić żeby mieć koniecznie tak prace zdalna i żebyśmy mogli sobie gdzieś jechać i ja będę po prostu pracować z tamtego miejsca. Tam po jakimś czasie to się częściowo udało i pojechaliśmy właśnie do Chicago gdzie tam jakieś 3-4 tygodnie mieszkaliśmy właśnie w Chicago Downtown i ja właśnie stamtąd pracowałem. Przez 10 dni jeszcze pojechaliśmy sobie nad Niagarę do Nowego Yorku i przez Pensylwanie wróciliśmy do Chicago i do domu . Wiec w sumie odbyliśmy takie 3 wyjazdy do Stanów, jakieś tam 5 miesięcy z kawałkiem w sumie.

Agata: No fajnie ogółem, pozytywnie. Jak podróżuje wam się z dzieckiem po Stanach? Czy to jest w ogóle łatwe miejsce do podróżowania z dziećmi?

Grzesiek: Igor, nasz syn też z czasem, też bardzo zafiksował się na te podróże. No okazało się że bardzo to lubi. No ale ten wyjazd właśnie z tym campingowaniem do Stanów to też było mimo wszystko jeden z pierwszych takich większych wyjazdów, i pierwszy w którym spaliśmy w namiocie. Znaczy nie powiem, Igor trochę narzekał, bo my spaliśmy tak poł na poł: polowe czasu w hotelu a polowe czasu na campingu. No i on tak mówił że chce do hotelu bo chce się wyspać bo na materacu w jakimś namiocie to się nie wysypia. Ale dosłownie po tygodniu takiego właśnie jeżdżenia to się zrobiło odwrotnie. Że on już nie chce do hotelu tylko on chce na camping, no i go się pytamy dlaczego a on że no bo w hotelu się tylko śpi. A na campingu no właśnie taka prawda, w takim hotelu jak przychodzi ten zmrok to jeszcze trochę można tam ujechać samochodem ale nic więcej się nie zrobi, no ale zajeżdża się do hotelu, ciasny pokój w którym jest tylko łózko, można bagaże rzuci i kłaść się na te łózko. Ewentualnie tam obejrzeć cos na tablecie no i nic więcej. A  na campingu no to rozkładamy namiot, rozpalamy ognisko, czasami robimy sobie grilla, gdzieś tam sobie chodzimy z latarką, gdzieś tam sobie idziemy po jakiś krzakach on tam jakiegoś patyka sobie znajdzie. No i to jak pewnie każdemu zdrowemu chłopakowi to się podoba bardziej.

Agata: Czyli to co mu się w Stanach najbardziej podobało to campingi?

Grzesiek: I jeszcze wszystko co kowbojskie. Byliśmy też na rodeo, kupiliśmy sobie trochę takich pamiątek kowbojskich czyli buty, kapelusze i takie rzeczy. Fajnie właśnie było jak byliśmy na rodeo, to jeszcze z resztą było w Arkansas. Właśnie byliśmy na rodeo, specjalnie na to rodeo kupiliśmy sobie kapelusze żeby było fajnie, prawda. Ale zajechaliśmy i na prawdę wyróżnialiśmy się tam. Bo o ile to nie była jakaś wielka arena ale oczywiście wszystkie takie elementy które na takim dużym rodeo można zobaczyć też były. Tam od koni, jakiś tam koziołków, byków, to wszystko było. No to my tam , było od razu z daleka widać że my jesteśmy jacyś turyści w klapkach przyjechali. Bo cała reszta to wydawała się że były osoby takie bezpośrednio związane albo z tym wydarzeniem albo z rodziny kogoś kto występuje na arenie. No i taki strój właśnie typu buty kowbojskie czy tam ogrodniczki jakieś tacy jak to farmerzy się ubierają no to wszyscy tak wyglądali. A my tam w krótkich spodenkach no to wszyscy się za nami oglądali. Jeżeli chodziło o rodeo no to polecam, to jest coś co warto zobaczyć.

Agata: I jakie jeszcze ciekawe miejsca odwiedziliście w ciągu swoich w sumie 5 miesięcy podroży po Stanach?

Grzesiek: My jakoś super dobrze nie czuliśmy się na pewno w tych największych miastach gdzie właśnie większość czy naszych znajomych czy sporo ludzi mówi że właśnie najbardziej to by chciało pojechać do Nowego Yorku, czy tam właśnie Los Angeles, a to są właśnie dwa miejsca które chyba najmniej się nam spodobały. Ja byłem w Nowym Yorku dwa razy i tak zdałem sobie sprawę że chyba nie lubię tłoku. I no ciężko mi jakoś tam było się odnaleźć w tym miejsce. My byliśmy tylko na Manhattanie wiec nie mowie tutaj o całym Nowym Yorku tylko bardziej Manhattan. Czy w Los Angeles no tez dużo ludzi, i trochę też inni są ci ludzie niż na prowincji. Nam się właśnie podobało na takiej prowincji gdzie na przykład mogę podać jak wracaliśmy z Nowego Yorku do Chicago przez Pensylwanie no to  przypadkiem zupełnie, i to nie jest cos co gdzieś znaleźliśmy i tam zajechaliśmy tylko stanęliśmy gdzieś tam na jedzenie i to się nazywało Bedford County. A było to takie miejsce gdzie można było odwiedzić takie stare amerykańskie drewniane mosty. Nie wiem czy kojarzysz właśnie takie z filmów w takich starszych są, czy tam właśnie ktoś straszy na tym moście albo jakiś samochód przejeżdża i on wybucha w drzazgi i tak dalej. Bardzo często na filmach taki motyw z tymi mostami drewnianymi występuje no i w tym Bedford County było około 15 takich mostów zachowanych. Niektóre było odnawiane niektóre takie brzydsze, nazwijmy to, ale no bardzo klimatyczne. I Oczywiście to wszystko w otoczeniu bardzo fajnych pagórków, lasów i tak dalej  to trochę też wyglądało jak takie słynne pocztówki z Toskanii. Że no bardzo ładne krajobrazy i w tym wszystkim te mosty, no i właśnie takie miejsca nam przypadały do gustu. Albo z drugiej strony takie bardziej naturalne monumenty czyli te parki narodowe niektóre, czy parki stanowe w tej podroży jak jeździliśmy do okolą południowego zachodu przez miesiąc. No to tam też odwiedziliśmy takich kilka rzeczy. Bardzo nam się też podobało, to jest taka ciekawostka, to jeszcze w Arkansas było. Tam jest jedyne miejsce na świecie gdzie się wydobywa diamenty i można tam sobie wejść a jak sie znajdzie taki diament to można go sobie wsiąść. No i my też tam pojechaliśmy, za jakaś tam drobna wejściówka, 10 dolarów mogliśmy sobie wejść, dostaliśmy sprzęt, wiaderko łopatkę, takie sitko. Trochę to tak wyglądało jak też na filmach o poszukiwaczach złota, że bierzemy jakiś urobek przesiewamy go z woda i szukamy tych kamyczków czy tam tych samorodków. No i na początku to wzięliśmy jako taką zabawę że idziemy tam się powygłupiać, no to się okazało ze tam codziennie ktoś znajduje taki diament powyżej jednego karata. Wiec też było fajne. Czy nawet niektórzy tacy przyjeżdżali ciężarówka i brali jakiś większy urobek i sobie go przesiewali w domu. Wiec to nam się też na pewno podobało. No ogólnie bardzo nam się też podobało w Teksasie. Teksas to jeszcze bardziej taki kowbojski, jeszcze bardziej ludzie są tacy wychillowani, czy maja takie jeszcze luźniejsze podejście do zżycia. No i tam to było mocno czuć taki trochę że muzyka żadna nie leciała, ale będąc tam to się tak w uchu słyszy tą muzykę country. No i waśnie tam też zaczęliśmy słuchać te muzykę country. Albo raz właśnie jechaliśmy, wymyśliliśmy sobie taki objazd, chcieliśmy dojechać do Amarillo, to jest na północnym zachodzie Teksasu, ostatnie miasto. No i tam bardzo polecamy żeby tam sobie zajechać. Ktoś nam to polecił, chyba mi w biurze. No i ostatecznie tam dojechaliśmy i nie podobało nam się za bardzo, nie było tam nic ciekawego do roboty. Ale po drodze po prostu jechaliśmy jakaś droga stanową, to była taka typowa amerykańska droga że prosto bez żadnych zakrętów 100 mil i tylko góra dół, góra dół i tylko krajobraz się co chwile zmieniał. Ale jadąc taką drogą na przykład zobaczyliśmy że bizony się pasą . Gdzie dla nas to była taka no duża nowość. Wiedzieliśmy że bizony tam są i tak dalej że ta populacja się odnawia. No ale nie widzieliśmy nigdy bizonów tym bardziej żeby sobie gdzieś tam luzem chodziły. No i zatrzymaliśmy się, okazało się że to jest miejscowość która się nazywa Dobranoc-Goodnight. I tam właśnie była, nie wiem czy to można nazwać, farma czy no takie gospodarstwo w którym były bizony. I takie też było bardzo wszystko klimatyczne w stylu country a poszliśmy  parę kroków dalej odbywała się taka impreza czy festyn właśnie Country gdzie byliśmy jedyni właśnie którzy nie byli tak jak prawdziwi kowboje ubrani. No i tez to na prawdę było bardzo fajne, fajny klimat to miało. Tak zgodnie też uznajemy że właśnie takie najfajniejsze miejsca, no przypadkiem się na nie jakoś trafia. Przejeżdżając czy zatrzymując się po nic, po coś bez znaczenia się okazuje, że ktoś nam coś poleci i wtedy najciekawsze miejsca się odwiedza. Jak byliśmy w takim Parku-Buffalo River też w Arkansas to jest jeden z dwóch takich parków narodowych. No i polega to na tym że jest bardzo ładna malownicza rzeka z takimi ogromnymi skałami na brzegu. No i chcieliśmy po prostu pojechać i to sobie zobaczyć. No ale idziemy, idziemy, tam jeszcze był szlak chcieliśmy sobie pospacerować wzdłuż tej rzeki. No i nagle słyszymy plusk jeden, plusk drugi. Tam jakieś hałasy, ktoś krzyczy. No i idziemy dalej, patrzymy, a ludzie się normalnie kąpią w tej rzece mimo tego że to jest Park Narodowy. Skaczą z tych skał, to też dla nas trochę lekkim szokiem „Boże jak to możliwe, że w Parku Narodowym można takie rzeczy robić”. Cóż jak inni mogą no to tak samo skorzystaliśmy. Wróciliśmy się do bagażniku, a on zawsze załadowany był, także wróciliśmy się po sprzęt no i też do wody. Podsumowując no to najbardziej nam się podobały takie, nazwijmy to poza miastowe rejony. No i najczęściej najciekawsze właśnie rzeczy to takie znalezione są przypadkiem że to takie typowe atrakcje w Internecie można znaleźć top ten i tak dalej to też oczywiście są bardzo fajne ale jak najlepiej nam się właśnie spędzało czas w takich bardziej niszowych miejscach, pewnie też trochę dlatego że jest mniej ludzi.

Agata: To jak w takim razie planowaliście takie podróże? Czy spędzaliście na przykład godziny wertując blogi i przewodniki, czy jednak po prostu patrzyliście na mapie stwierdzaliście „Mhh ta nazwa miejscowości brzmi ciekawie. Jedziemy tam i zobaczymy co będzie”?

Grzesiek:  Chyba trochę tak i trochę tak. Na tą chwilę już przez te kilka lat mamy wypracowane taki system ,że oczywiście sprawdzamy te wszystkie top ten, blogi i tak dalej, w miarę możliwości bo tego wszystkiego się nie da przejrzeć. Ale w miarę możliwości próbujemy sprawdzać takie popularne atrakcje także tworzymy sobie takie mapy i raczej zaznaczamy miejsca które chcemy lub potencjalnie moglibyśmy sobie odwiedzić. No i oczywiście wrzucamy tam właśnie te miejsca takie popularne w Internecie próbuje mnie trochę bardziej niszowe czy nawet  przeglądając mapę i zaznaczamy sobie takie pinezki na tej mapie. No i później jak już odbywamy taką podróż, No to nie mamy ustalone że „dobra tego dnia jedziemy tutaj, tego dnia tutaj”. Tylko może też nie do końca żywioł ale tak,no w sumie trochę tak na żywioł. Jak jechaliśmy na przykład w tą miesięczną taką wyprawę dookoła południowego zachodu, no to po prostu sobie ustaliliśmy że pierwsze 2 tygodnie chcemy gdzieś tam dokądś  dojechać, a drugie dwa tygodnie musimy mieć na powrót. Tak po drodze, nie wiem załóżmy że dzisiaj jesteśmy w Las Vegas prawda, i jedziemy. Mamy jechać na wschód, no to patrzymy na tej naszej mapie jakie są pinezki, jest taka, jest taka pinezka, no i  dopiero wybieramy czy dojedziemy. Najczęściej bywa tak że będąc już w tej trasie No to okazuje się że zupełnie coś innego właśnie jest ciekawego. Zawsze wolimy mieć takie miejsce zostawione no na coś innego, na coś to wyskoczy w trakcie. Bo jak się już zaplanuje wszystko, każdy dzień czy wszystkie atrakcje co tam chce się odwiedzić, no to potem ciężko też jest zrezygnować. Tam też nawet jeżeli jest jakaś super atrakcja, no też no za wszelką cenę nie chcemy tam dotrzeć. Jeżeli ktoś nam poleci coś innego albo w trakcie okaże się że no nie, tam po prostu nie jest fajnie. Albo pojedziemy nawet tam i się okazuje że tam nie ma co robić. Tak jak na przykład, no powiedz to na Grand Kanionie, no to są właśnie dwie opcje prawda. No bo można zrobić jakieś trekkingi, ale będąc wtedy tak z 3-4 letnim dzieckiem no to takiego trekkingu się nie zrobi. Trekking  Grand Kanionie to jest zejście w dół i powrót, czyli tego się nie da zrobić w jeden dzień. Jeden dzień się idzie w dół, a drugiego dnia się wraca. Więc dla nas Grand Kanion no to można przyjechać, popatrzeć, przejść się wzdłuż tych punktów widokowych, no i to wcale tak długo nie trwa. No jeszcze można się helikopterem przelecieć no ale na to się jakoś nie zdecydowaliśmy. No i wiele jest takich miejsc, po prostu można przyjechać i zobaczyć. Takie najsławniejsze chyba miejsce to jest Horseshoe Bend, czyli już właściwie na samym końcu Grand Kanionu, koło takiego miasteczka Page, jeżeli dobrze pamiętam. Jest taki zakręt rzeki, gdzie rzeka Kolorado zakręca o 270 stopni. I nazwali to własnie Horseshoe Bend czyli końska podkowa, prawda. No i to jest, jeżeli chodzi o widok, no to ja bym powiedział że to jest w ogóle najlepszy widok jaki, być może ja chyba w życiu widziałem. Ale ile można na to patrzeć? Tam można podjechać, zobaczyć to, no można się na to wpatrywać nawet godzinę ale dłużej chyba już nie. My tam byliśmy dwa razy i taka atrakcja nie zajmuje zbyt długo. Często z naszego doświadczenia się okazuje że my planujemy że tam będziemy cały dzień ale podjeżdżamy i „Okej no.Zobaczyliśmy i trzeba jechać dalej”. Dlatego to nasze planowanie to jest takie bardzo elastyczne, jakby takie Check Pointy bym powiedział. Że w jakimś czasie tam, w tydzień czy w dwa tygodnie, musimy gdzieś dojechać. Jedziemy mniej więcej tą stroną. Możemy odbijać tam 100 mil w tą stronę, 10 mil w tamtą, to raczej na bieżąco wszystko.

Agata: Poza planowaniem trasy, jakie jeszcze praktyczne kroki musieliście podjąć przed wyjazdem w ramach jakiegoś przygotowania? I co robiliście już w trakcie, nie wiem, na przykład płatności? Czy mieliście ze sobą karty walutowe, Internet albo karty SIM w telefonie? No i też ten notarialny dokument, który wypełniłeś na przewóz dziecka przez granicę.

Grzesiek: Tak, to może właśnie od tego zacznę, bo to wiązało się z tym przy naszym pierwszym wyjeździe. Ja jechałem pierwszy tam z kilkoma jeszcze współpracownikami i po dwóch tygodniach Sylwia z Igorem mieli do nas dojechać. No i jest tak właśnie że jeżeli podróżuje się samotnie z dzieckiem, jak chce się wjechać do Stanów Zjednoczonych, no to to nie jest tak że oni muszą cię zawrócić , ale bardzo rekomendowane jest żeby mieć ze sobą taki dokument że drugi rodzic wyraża zgodę na tą podróż. Że to jest takie wtedy wskazanie że to nie jest żadne uprowadzenie ani nic takiego. No i oczywiście to musiałem też przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego, więc jak notariusz mi to podpisał –ale myślę że to może być nawet wolny tekst że ja zezwalam, znaczy upoważniam kogoś tam do czegoś- i to przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego na język angielski i to już powinno wystarczyć. 

Agata: Czy Sylwia musiała w trakcie podróży pokazywać ten dokument? Ktoś ją z tego legitymował?

Grzesiek:  Nie, nie musiała. Jeszcze tak się jej trafiło, no bo my trochę też się stresowaliśmy żeby na przykład nie wpuścili bo tak nam się wtedy wydawało, że to może być podejrzana sprawa, jak się przekracza granicę. No to oni wbijają pieczątkę. Ja znam też przypadki gdzie na przykład tą pieczątkę wbijają na przykład na tydzień albo na dwa więc musisz powiedzieć na ile przyjeżdżasz, gdzie będziesz i tak dalej, przy rozmowie z tym oficerem imigracyjnym. No i u nas było tak że na 3 miesiące właśnie i że niby ja tu jestem tak jakby w pracy. Tak ale nie można powiedzieć że jestem w pracy, bo oni nie lubią tego słowa, na szkolenie przyjechałem.  No więc tam trochę baliśmy się że, że nie wiem, że ja na przykład przyjadę,  później na przykład Sylwii nie wpuszczą bo uznają że my to chcemy na przykład zostać na czarno czy coś. No to takie wydaje się trochę absurdalne, ale na tamtą chwilę nam się tak wydawało. I co się okazało jak w Chicago było lotnisko w którym było pierwsze lądowanie w Stanach, no to ten „immigration officer” się okazało że jest Polakiem. To powiedzmy dużo bardziej płynnie i miło wszystko poszło niż nam się wydawało.  I chyba, z tego co pamiętam, to właśnie nie pytał nawet o ten dokument. Więc to takie było w razie czego, to nie jakiś obowiązek.

Grzesiek: A jeżeli chodzi o te pozostałe rzeczy czyli właśnie karty płatnicze czy telefon, no to jak do Stanów jak  jechaliśmy to po pierwsze, za każdym razem jak przyjeżdżaliśmy tam to od razu kupujemy kartę SIM. My płaciliśmy między 50 a 100 dolarów, w zależności jaki to tam pakiet danych. Jeżeli już przy tym ostatnim wyjeździe do Chicago, jak chcieliśmy mieć  teoretycznie nielimitowane dane, no to kosztowała chyba 100 $ plus podatek.
Jeżeli chodzi o karty płatnicze to też od pierwszego wyjazdu mieliśmy dolarową kartę. Też mieliśmy konta pozakładane w takich kantorach walutowych, prawda, żeby jakoś bez dużego spreadu zamieniać sobie złotówki na dolary, przelewać sobie na jakieś konto i wtedy tą kartką dolarową płacić czy też bez jakiś wielkich opłat wypłacić z bankomatu. Coś co na przykład mnie bardzo zdziwiło no to że ciężko jest znaleźć bankomat z którego można wypłacić więcej niż 200-300 $. To było dla mnie zaskoczeniem, bo na przykład teraz akurat bardzo czasu do Austrii jeżdżę i tam wypłata jakoś 1000 czy 1500 € z bankomatu no to nie jest nic takiego. A w Stanach bodajże najwięcej z jednego bankomatu udało mi się wypłacić 400, ale raczej 200-300 się najczęściej zdarzało.

Agata: A nie mieliście takich praktycznych problemów z używaniem karty nie amerykańskiej?

Grzesiek: Nie wiem czy można to nazwać problemami. Są one po prostu, nie wszędzie działają. Głównie na przykład w tych takich automatycznych wszystkich rzeczach. Czyli na przykład na stacji benzynowych typowy Amerykanin wkłada kartę, tankuję i odjeżdża. No to nasze karty nie działają. Nie wiem czy na wszystkich, bo już przestałem próbować. Ale słyszałem od innych osób że też podobno miały podobne doświadczenia, żę  na stacjach benzynowych, przeważnie w dystrybutorach, karty na przykład nie działają. Więc wtedy trzeba pójść i tam w okienku zrobić „prepaid”, czyli powiedzieć żeby doładował dystrybutor, obsługujący pan czy pani, na tam jakąś ilość pieniędzy. Trzeba zapłacić i dopiero można iść tankować. No to jeżeli chodzi o taki brak akceptacji karty, no to chyba tutaj z tym się tylko spotkałem.  W sklepach normalnych to wszędzie to było akceptowane, normalna karta MasterCard. Teraz, bo to były to kilka lat temu właśnie mieliśmy taką kartę, teraz dużo bardziej mamy to opracowane. Korzystamy z kilku różnych kart zależy gdzie jedziemy i do czego mamy takie karty wielowalutowe. Czyli mamy wiele kont walutowych i mamy jedną kartę podłączona pod to, i zależy czym płacę to mi zabiera z takiej waluty. Czy też teraz zaczęliśmy korzystać z karty Revolut, czyli to jest takie podobne rozwiązanie tylko że to nie jest bank. To takie też  trudne było dla mnie do zrozumienia na początku, ale działa. Bardzo dużo się oszczędza na tych spreadach, zwłaszcza na jakiś dziwnych takich walutach. No bo jeżeli chodzi o Dolary, Euro, Funty czy jeszcze no powiedzmy Franki Szwajcarskie, no to to jest wszystko dosyć proste. Ale jak już tam wchodzą w rachubę jakieś Tajskie Baty albo jakieś Rumuńskie Leje, no to tam zaczyna się robić trochę trudniej. No i wtedy ta karta Revolut dobrze się sprawdza. Jeszcze jedna rzecz co my musimy na pewno – No to pewnie każdy ma musisz to załatwić – to z taką podróżą no to ubezpieczenie jakieś. Akurat właśnie Stany no to jest takie miejsce gdzie, no naprawdę, można pójść z torbami prawda jeżeli coś się stanie. No i w tej pierwszej podróży no to mieliśmy dwa ubezpieczenia. Pierwsze to jest to firma nam kupiła. Drugie, my jeszcze korzystamy właśnie już od tamtej pory aż do tej pory korzystam to nam się tez sprawdza, my korzystamy z kart kredytowych które nam dają ubezpieczenia przez cały rok. Oczywiście one tam kosztują, zależy od wersji, tam powiedzmy od 300 do 1000 zł za rok taka karta kosztuje. Ale daje dużo różnych benefitów i między innymi ubezpieczenie na leczenie na bodajże, te najdroższe wejście na chyba 600 000 złotych 

Agata: Skoro mieliście ubezpieczenie, czy byliście u lekarza i musieliście z niego kiedykolwiek korzystać?

Grzesiek: W Stanach nie, ale ogólnie tak raz mieliśmy taki przypadek. Ja musiałem do szpitala pójść i to było w Emiratach Arabskich i wtedy skorzystaliśmy właśnie z tego ubezpieczenia z karty. Nie znam dokładnego rachunku ale ogólnie to by kosztowało wszystko na pewno kilkanaście do 20000 takie leczenie.

Agata: I wszystko odbyło się  bezgotówkowo?

Grzesiek: Tak bezgotówkowo. To jest coś co właśnie, zresztą nie do końca wiedziałem wcześniej i to jest warto wiedzieć Jeżeli się korzysta z ubezpieczenia, no bo są dwie wersje skorzystania z ubezpieczenia: jedna niby która  jest na początku niby bez problematyczna czyli idę i płace sam,ale później może być problematyczna bo trzeba się zgłosić o zwrot i to różne właśnie na Internecie historię ludzi opisują, że czasami czegoś nie oddadzą, czasami coś zakwestionują. A druga opcja no to można zadzwonić najpierw do ubezpieczenia, tak, powiedzieć co mi jest, że tam nie wiem „Źle się czuję”, „coś tam złamałem nogę”.  Oni znajdują lekarza, wtedy to trwa  na początku trochę dłużej, w moim przypadku to było jakieś dwie godziny. Oddzwonili do mnie i tam „mamy już umówioną wizytę, proszę iść tam i tam” . I od tamtej pory, w moim przypadku, z mojego doświadczenia, no to ja już ani złotówki nie musiałem wykładać. Chociaż jakieś byłem w szpitalu, na przykład oni też mi dali leki jakieś z apteki. Więc na początku to tam też nie było dla każdego zrozumiałe że czy ja mam to płacić czy ja nie mam za to płacić. Ale no wystarczyło po prostu, telefon trzeba mieć przy sobie i po prostu z tym ubezpieczeniem to wszystko wyjaśniać. No i ostatecznie jakby nic nie musiałem ani złotówki nie musiałem wykładać. Oni to wszystko załatwili, ja tylko przychodziłem, jak odbywałem jakieś leczenie.

Agata: To super. Dobrze mieć taki komfort w sytuacji kryzysowej.

Agata:  No dobra. To tak podsumowując, zaczęliście prowadzić swojego bloga właśnie od tych 3 miesięcy pracy w Stanach. Jak dzisiaj wygląda rodzina nomadów ?

Grzesiek: No dzisiaj to już powiedzmy zrobiła się trochę bardziej właśnie rozbudowana i bardziej złożona sprawa. Ale wierzę że to właśnie przez te 3 lata staraliśmy się zrobić wszystko żeby móc jak najwięcej wyjeżdżać i móc te nasze działalności czy te nasze prace no robić je zdanie. I to się, o ile tak w przypadku Sylwii to całkowicie może zdalnie to wszystko robić. Jeszcze oprócz tego Sylwia jest fotografem, to jeżeli jesteśmy w Polsce to tu robi sesję na miejscu, a ja pracuję nadal w tej chwili jeszcze na kontraktach ale też udaje mi się to robić zdalnie i tylko raz na jakiś czas jeżdżę do biura. Oprócz tego jakby właśnie zajmujemy się tym blogiem, dla Sylwii to jest właściwie już takie pełno etatowe zajęcie, nawet więcej bym powiedział. No a ja próbuję jakby razem tutaj z Sylwią to robić, to jest takie jakby nasze centrum dowodzenia.

Agata: No dobra, to dzięki bardzo za rozmowę.

Grzesiek: Ok, dzięki

Agata: A was ponownie zapraszam do odwiedzenia bloga rodzinanomadow.pl. Cześć!

Rodzina Nomadów w sieci

Sylwia i Grzegorz prowadzą bloga rodzinanomadow.pl, prowadzą również swój kanał na Youtube, FB i Instagram!

2
Dodaj komentarz

avatar
najnowszy najstarszy oceniany
Łukasz Łysikowski
Łukasz Łysikowski

Bardzo fajna rozmowa, super się słuchało! 🙂

Ta witryna używa ciasteczek. Pozostając na stronie zgadzasz się na ich użycie. OK! Polityka prywatności

Cieplik podróżuje

Po Bostonie

Przewodnik po Bostonie autorstwa Agaty Cieplik