Pakowanie miliona rzeczy w małej walizce od zawsze było domeną mojej mamy. Pomagając mi wypełnić plecak na pierwsze harcerskie obozy, śmiała się, że “spokojnie jeszcze ja bym się tam zmieściła”. No i pewnie była to prawda. Rzecz w tym, że zawsze miałam ze sobą zbyt wiele rzeczy, połowy z nich nigdy nie użyłam, a plecak na plecach ktoś musiał dźwigać. I byłam to ja. Jadąc motocyklem, również nie mogę sobie pozwolić na wypchanie pięciu walizek (jakby to można było zrobić wyruszając autem), stąd od samego początku mam dosyć spore ograniczenia co do wielkości bagażu. Z drugiej strony – jadę na miesiąc i zagoszczę w praktycznie każdej strefie klimatycznej Stanów Zjednoczonych. Co więcej, po zakończeniu podróży zostaję jeszcze tydzień w Kalifornii (choć już mniej motocyklowo). Co więc ze sobą zabrałam i jak to spakowałam, żeby wszystko było cacy? 🙂

Po pierwsze: W co się pakuję?

Mój motocykl wyposażony jest w dwa usztywniane kufry – każdy z nich ma pojemność około 18 litrów. Do tego zdecydowałam się nie montować wielkiego kufra centralnego. Zamiast tego kupiłam miękką torbę (tzw. roller bag) wodoodporną o pojemności 40 litrów. W sumie – 76 litrów na wszystko, co może mi być potrzebne w czasie podróży. W liczbach wychodzi to całkiem niemało 🙂

Wybór torby wcale do łatwych nie należał. Widziałam ich dziesiątki – z usztywnianymi ściankami lub spodem, bez usztywnień, w bardzo odblaskowych kolorach itd. Elementy, które zwróciły moją uwagę w torbie, na którą się zdecydowałam, to przede wszystkim:

  • pełen komplet pasków do montowania do motocykla (dzięki czemu nie muszę już szukać żadnych dodatkowych elementów montujących),
  • dodatkowe zapięcie na rzep (większość roller bags nie posiada żadnego rzepa czy zamka, od razu się je roluje. Zapięcie pośrodku ułatwia zrolowanie wierzchu torby i zbiera wszystko do kupy 🙂 ),
  • uchwyty po obu bokach (dzięki czemu torbę jest łatwiej transportować i podnosić do góry podczas montowania na motocyklu),
  • dodatkowe pasy kompresyjne (na wypadek, gdy jednak spróbuję upchać za dużo…),
  • pas na ramię z osłonką (żeby nie poharatać sobie ramienia 😉 ).

Jedyna rzecz, której faktycznie brakuje mojej torbie to odblaski, które znacząco poprawiałyby widoczność motocykla (i mnie) w nocy. Nie można mieć wszystkiego, nie? 😉

Wszystkie moje rzeczy zapakowałam przy użyciu packing cubes. Od kiedy pierwszy raz trafiły w moje ręce – używam ich praktycznie zawsze przy każdym wyjeździe! Co ciekawe, przez ostatnie półtora roku “dorobiłam się” aż 3 zestawów – mam więc porównanie w kwestii różnych wymiarów i jakości.

Co to jest “packing cube”?

To specjalne pokrowce, zapinane na suwak, najczęściej z siatką, przez którą łatwo można zobaczyć, co jest w środku. Występują w różnych rozmiarach, podłużne i troszkę większe prostokątne. Taki pokrowiec jest niewysoki – w zależności od modelu będzie to pewnie od 5 do 10 cm, coś koło tego 😉 Dzięki temu, że mają suwak i siatkę możemy łatwiej skompresować upchane tam rzeczy. Ponadto, pomagają utrzymać porządek w bagażu – np. oddzielić bieliznę od koszulek, czy ciuchy na zimne wieczory od letnich sukienek. Dzięki packing cubes ubrania też mniej się gniotą, można też pokusić się o stwierdzenie, że dzięki temu ubrania zajmują ostatecznie mniej miejsca. No i najważniejsze, ponieważ wykonane są z materiału i posłużą nam wielokrotnie, są na pewno przyjaźniejsze dla środowiska niż oldskulowa metoda z plastikowymi workami / torebkami (które i tak nie pozwoliłby tak dobrze “skompresować” naszego bagażu).

Moje pierwsze packing cubes pochodzą ze sklepu Google i były okropnej jakości, ale spełniają swoje zadanie. Są w 3 rozmiarach – ogromny, duży i średni. Chyba nigdy na poważnie nie używałam tego ogromnego – przymierzałam go raz do mojego plecaka (Ospray Fairpoint 40L, który zabrałam na 3.5 tygodniowy zimowy wyjazd do Polski i Norwegii) i był on zdecydowanie za duży. Preferuję kilka mniejszych pokrowców niż jeden wielki ze wszystkim. Jak się okazuje, w czasie tej podróży największy packing cube z mojej kolekcji wreszcie się przyda 🙂

Kolejne dwa zestawy kupiłam pół roku temu – 6 packing cubes marki eBags i kolejne 5 od Eagle Creek. Te ostatnie podobają mi się najbardziej – jakościowo przewyższają wszystkie inne. To, co podoba mi się w nich najbardziej, to że trzymają swój kształt i są delikatnie usztywniane – nie zajmują przez to więcej miejsca, ale ułatwiają pakowanie. Fakt, że trzymają kształt również ułatwia późniejsze upchanie zapakowanych już cubes w bagażu. No i najważniejsze – zarówno eBags, jak i Eagle Creek mają uchwyty, dzięki czemu łatwiej je wyłowić z plecaka / torby i transportować w razie potrzeby (np. do łazienki w hostelu).

Po drugie: Czego potrzebuję?

W czasie podróży motocyklem przede wszystkim będę poruszać się na – uwaga – motocyklu. Ponieważ będę jechać przez całe Stany, odwiedzę zarówno upalne południe, jak i pokuszę się o przejazd przez obszary wysunięte bardziej na północ, a dodatkowo w ciągu miesiąca może mnie spotkać deszcz (czy ulewa, jak będę mieć pecha) muszę być przygotowana na każdą sytuację. W związku z tym większą część mojego bagażu stanowią ubrania motocyklowe.

Zdecydowałam się na zakup dodatkowego stroju, poza moim podstawowym. Zabieram więc ze sobą:

  • kurtkę z GoreTex wraz z ocieplaną i przeciwdeszczową podpinką,
  • spodnie do kompletu, również GoreTex, z dodatkową podpinką ocieplaną i przeciwdeszczową,
  • mocno wentylowaną kurtkę na gorące dni (czyli gdzieś tak powyżej 25 stopni Celsjusza),
  • jeansy motocyklowe (również na gorące dni 🙂 ),
  • wentylowane rękawice skórzane i dodatkowe z tekstyliów na bardzo duże upały,
  • kask (to oczywiste),
  • odblaskową cienką kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe (do założenia na wierzch ciuchów motocyklowych),
  • buty.

Wszystkie wyżej wymienione ubrania wyposażone są w specjalne protektory chroniące moje ciało w razie wypadku.

Ponadto, w moim bagażu znajduje się zapas podkoszulek i T-shirtów na około 8 dni, bielizna (co oczywiste), a także dodatkowo kilka rzeczy na chłodne i gorące niemotocyklowe dni (sukienka, spódnica, szorty, kostium kąpielowy, długie spodnie, dwie bluzy i bielizna termiczna), sandały i kryte buty.

Nie zabierałam zbyt wielu kosmetyków, a wszystkie, które zapakowałam, są w wymiarach podróżniczych. Na szczęście w Stanach Zjednoczonych na każdym kroku jest CVS czy Walgreens, gdzie będzie można zaopatrzyć się w brakujące rzeczy 🙂 Dodatkowo, mam ze sobą zapas leków “na wszelki wypadek”. Najwięcej miejsca w moim bagażu zajmuje sprzęt. Mam ze sobą niewielkiego laptopa, aparat fotograficzny i kilka dodatkowych obiektywów, Instax mini, kamerkę sportową, czytnik e-booków i… całe okablowanie potrzebne do ładowania tego wszystkiego 🙂

Jak spakowałam swój motocykl?

Kiedy wreszcie zabrałam się za pakowanie, okazało się, że ograniczenie mojego bagażu do zapasu rzeczy na ledwie tydzień wcale nie pomogło mi z objętością 🙂 Zwykłe ubrania zajmują niewiele miejsca i dla porządku podzieliłam je według “rodzaju”. I tak ciepłe rzeczy są w jednej packing cube, letnie w drugiej, a bielizna, T-shirty i podkoszulki są w osobnych, podłużnych packing cubes.

Najwięcej problemów sprawiło spakowanie drugiego zestawu ubrań motocyklowych. Niestety, ich objętość jest całkiem spora. Po wyjęciu protektorów udało mi się skompresować kurtkę i całość zmieściła się w jednym z moich bocznych kufrów. Resztę ubrań wraz z kosmetykami i butami upchałam w roller bagu, a sprzęt fotograficzny wrzucam w specjalnym cienkim plecaku do drugiego kufra bocznego.

Wciąż staram się ustalić optymalny sposób pakowania tego całego majdanu, ale jednego jestem pewna już dziś – jakimś cudem znowu wzięłam zbyt wiele rzeczy. Jeszcze tylko nie wiem, z czego nie będę korzystać 🙂

Cieplik

Opublikowane przez Cieplik

Kiedy może – wyjeżdża i zwiedza, ale to nie jest jej jedyna pasja. Od kilku lat jeździ motocyklem o imieniu Henryk. Najczęściej podróżuje sama lub z misiem Hektorem. Swego czasu grała też na gitarze Helenie, by w Hameryce przerzucić się na ukulele nazwanym Horacy.